Blog

Przeczytaj!

Zapraszam do zapoznania się z moim wywiadem na portalu Biznesalert na temat geologii i administracji. Link poniżej:

http://biznesalert.pl/brodzinski-zmiany-w-pig-nie-wplyna-na-prace-nad-polityka-surowcowa-rozmowa/

Reklamy

Pobarbórkowe impresje

Wszystko co przyjemne kończy się. Także okres barbórkowy, chociaż pamiętam, że w czasach słusznie minionych, osoby ze świecznika (dzisiaj mówi się VIPy) świętowały blisko miesiąc ze szkodą dla wątroby i utrzymania wagi ciała.

Dawniej (lata siedemdziesiąte XX w. czyli za „komuny”) było znacznie barwniej, np. student górnictwa (jak ja i koledzy) zapraszany był na górnicze piwka podczas balu w rozległych korytarzach Wydz. Górniczego Politechniki Śląskiej w Gliwicach przy ulicy Pstrowskiego (naszego „patrona”), przez wszechmogącego wówczas Ministra Górnictwa. Balanga była … i dziewczyny z całego Śląska.

Wracając do dnia dzisiejszego (2018), zaliczyłem fajną Barbórkę Wyższego Urzędu Górniczego w Filharmonii w Katowicach, organizowaną zwykle ponad tydzień później. Jednak szczyt klimatyczny na Górnym Śląsku przewrócił jesienne terminarze (kto taką datę dla COP 24 wymyślił w tym najsmutniejszym miesiącu polskiego kalendarza? ). Chyba, że chodziło o prezentację niskiej emisji w Katowicach i Krakowie. A może o pokazanie światu uroczystości barbórkowych, jako tła do dyskusji o złowieszczej roli węgla?

Dla miłośników lotnictwa jest ciekawie. Aż miło patrzeć nad Gliwicami, że mamy jednak trochę śmigłowców dla ochrony szczytu. Szkoda, że MON nie potrafiło ich nigdy należycie uzbroić. Ale wojacy wciąż analizują i rozmyślają, co kupić za … dekadę.

Uczestniczyłem również parę dni temu w nostalgicznej (bo lata mijają) imprezie 50. Lecia odnowienia immatrykulacji na naszym Wydziale (teraz Górnictwa i Geologii). Było bardzo sympatycznie. Trzymajcie się Koleżanki i Koledzy, a na ręce Pana Dziekana życzenia pomyślności dla Wydziału wydobywającego się z impasu.

Zielono … nam

W Katowicach rusza mega konferencja ONZ – COP 24, którą znów organizuje Polska (dlaczego). Nie uczestniczę, jako „niezrzeszony”, ale swoje zdanie mieć mogę. A z tym kłopot, bo mieszają się argumenty.

Z jednej strony mamy ekokrucjatę Unii Europejskiej i dekarbonizacyjny zapał szkodliwy dla polskich interesów. Z drugiej – oczywistość zmiany klimatu, którą, jak twierdzi wielu naukowców, wywołuje działalność człowieka. A w tle interesy globalnych graczy, lecz też cierpienia i strach ludzki wywołane szybkim ociepleniem i katastrofami.

Trzeba niestety balansować, szczególnie nad Wisłą , bo nasze krajowe wyrzeczenia nie mają praktycznie żadnego wpływu na klimat Ziemi. Chyba, że chodzi o ekologię ideologiczną, jej silne lobby międzynarodowe i o polski wizerunek w tym kontekście. Zetknąłem się z niektórymi lobbystami (gdy byłem Głównym Geologiem Kraju – GGK) w związku z programem polskiego gazu z łupków. Refleksje mam typu: dziad swoje, baba swoje. Nie zazdroszczę polskiemu rządowi pozycji negocjacyjnej, szczególnie jako gospodarzowi i życzę minimalizacji ewentualnych strat.

Polska wydaje się lansować pochłanianie CO2 przez lasy jako równoległą drogę walki z emisją tego gazu cieplarnianego i dewastujących dla nas kosztów handlu uprawnieniami do jego emisji. Koncepcję wspiera jakoby pomyślna statystyka zalesienia Polski wobec innych krajów UE. To zbyt optymistyczne, bo w zakresie lesistości (procent obszarów leśnych w stosunku do powierzchni kraju), jesteśmy średniakiem. Także w proporcji do wszystkich obszarów leśnych UE, ten udział odpowiada naszej powierzchni. Jest inny problem. We Włoszech, od 1990 r. przybyło 3 razy więcej obszarów leśnych niż w Polsce. Ja, z przerażeniem obserwuję (zamieszkując przez pół roku nad morzem) transporty wyciętego drewna z nadmorskich lasów i poszerzające się bezdrzewne łysiny. Czy funkcją tych lasów nie powinna być rekreacja i ochrona brzegu morskiego (o pochłanianiu nie wspomnę), a nie pozyskiwanie drewna dla globalnego przemysłu, wiecznie głodnego tego surowca. Swego czasu, gdy byłem wiceministrem Środowiska, jako członek komisji do spraw przyznawania wsparcia rządowego zagranicznym inwestycjom, nie dopuściliśmy do dotacji dla dużego projektu na północy kraju, bazującego na polskim drewnie.

Jeszcze jeden szczegół, a mianowicie definicja lasu. W uproszczeniu, ta z polskiej Ustawy o lasach i ta Organizacji ds. Wyżywienia i Rolnictwa ONZ (FAO) są podobne. Lasu może nie być, gdyż grunt może być przejściowo pozbawiony roślinności leśnej, przeznaczony do odnowienia (cóż to znaczy?), a ponadto przeznaczony do produkcji leśnej (z wyjątkami). Te „szczegóły” są krytykowane za niespójność i nadmierny optymizm, co do szacowania lesistości naszej planety i poszczególnych krajów (patrz lasy tropikalne).

Tematyką z pogranicza political fiction są polskie pomysły na polityki energetyczne. Ich wspólną cechą jest wizjonerstwo bez pokrycia finansowego, a wcześniej legislacyjnego oraz horyzont działań (teraz 2040), uniemożliwiający zweryfikowanie rezultatów działań za życia/publicznego funkcjonowania twórców. Dlatego, ze spokojem czytam o kolejnym miksie energetycznym: meandrach wykorzystania węgla, rozkwicie przestarzałej energetyki jądrowej, przekwitaniu wiatraków lądowych (!!!) w przeciwieństwie do farm morskich (i dobrze), fotowoltaice w słonecznej Polsce, geotermii, itp. itd. Jak na to wszystko nałożymy jeszcze niepewną przyszłość Europy, niedawno liczącej się w świecie (a szerzej całego Zachodu), to pozostaje staroszlacheckie „Jakoś to będzie”.

Szczyt już nazajutrz! Wielcy tego świata nie przyjadą; zwyciężają egoizmy narodowe, zimna polityczna/biznesowa kalkulacja i zmiana nastrojów. Wzmaga się z kolei medialny nacisk miłośników bezemisyjności CO2, bo o innych gazach cieplarnianych chwilowo się chyba zapomina.

Jako ex GGK i inżynier nie jestem futurystą. W realiach Polski należy stopniowo ograniczać udział węgli, spalać więcej gazu i rozwijać energetykę wiatrową, ale nie iść w kierunku drogiej i przestarzałej energetyki jądrowej. Tam, gdzie to pozytywnie zweryfikowano geologicznie i są środki, rozwijać lokalnie (drogą) geotermię.

Nie powinniśmy mylić niskiej emisji, skutkującej smogiem z wymuszaniem dekarbonizacji energetyki zawodowej opartej na spalaniu kopalin. Smog, to lata zaniedbań władz samorządowych i braku stosownych regulacji prawnych, co odczuwamy dotkliwie np. w moich rodzinnych Gliwicach w sezonie grzewczym.

Z drugiej strony, mieszkając przez drugie półrocza nad Bałtykiem, wiem, że tam nie wieje non stop. Wiara w pełne zastąpienie spalania kopalin przez różne OZE, to fantasmagorie w polskich (europejskich) realiach.

Nie dajmy się więc zwariować i postępujmy w Polsce rozsądnie, chociaż żal mi oczywiście Wysp Marshalla.

Barbórki

Wchodzimy w tak zwany okres barbórkowy, czyli na Górnym Śląsku oraz w innych rejonach górniczych, czas obchodzenia Dnia Górnika 4 grudnia, w intencji patronki górnictwa – św. Barbary i górniczego stanu. To przez te 24 lata, gdy pracowałem na rzecz polskiego przemysłu wydobywczego, ważna dla mnie data, że nie wspomnę o dziadku i ojcu – górnikach. Nie wiem, czy dzisiaj, w dobie ideologicznej krytyki tego sektora, niniejszy tekst jest poprawny politycznie, ale intencją mojego bloga jest brak retuszów. Zresztą, coś jeszcze wkrótce dorzucę, pisząc o światowej konferencji COP 24 w Katowicach.

Uczestniczyłem w Barbórkach wielokrotnie w różnych rolach: rzadko jako odznaczony, niekiedy – organizator, najczęściej jako widz. Warta wspomnienia była moja rola prowadzącego uroczystość, gdy byłem dyrektorem generalnym Wyższego Urzędu Górniczego. Nie stosowaliśmy jeszcze wtedy outsourcingu usług (konferansjerka, wynajem sali, etc) tylko, może przaśnie ale swojsko, robiliśmy wszystko sami. Inne czasy.

Szczególnie zapamiętałem Barbórki w niedużej auli WUG z udziałem wicepremiera J. Steinhoffa, wcześniej prezesa WUG. Jego obecność na uroczystości ściągała innych ministrów i trzeba było dobrej identyfikacji, aby przy oficjalnym powitaniu, broń Boże, kogoś nie pominąć. Z kolei, swego czasu, gdy prowadziłem taką uroczystość w urzędzie, miałem słowną przepychankę z byłym wicepremierem i ministrem górnictwa J. Mitręgą. W ramach wystąpień honorowych gości zabrał głos i … mówił. Moje próby ukrócenia tego krasomówstwa skwitował do mikrofonu: „Synek, ty mi nie godej”. Innym razem zawiodło nagłośnienie i nie ruszył podkład muzyczny do hymnu górniczego. Ówczesny prezes WUG nakazał mi zaintonować. Z moimi „zdolnościami” wokalnymi było krucho, ale zainicjowany śpiew powszechny zabrzmiał potem jak należy. Atmosfera była zawsze życzliwa i potknięcia przyjmowano z humorem.

Na Barbórki zapraszaliśmy oczywiście najważniejsze osoby w państwie, które chętnie przyjmowały patronat, ale do nas na prowincję, nie fatygowały się. Wyjątkiem był premier W. Cimoszewicz i zawsze życzliwy WUG premier J. Buzek. Może kogoś pominąłem. Otoczenie dostojników warszawskich nie miało świadomości, że WUG był historycznie najważniejszą instytucją państwową po włączeniu po powstaniach tej części Górnego Śląska do Polski. Dopiero teraz (22.11.2018) dostrzegł to Pan Prezydent w swoim adresie do urzędu, czego z satysfakcją słuchałem w Filharmonii na naszej uroczystości.

Po wugowskich Barbórkach pozostaje trwały ślad: ołtarzyk św. Barbary, ufundowany przez pracowników urzędów górniczych w parafialnej (wg właściwości kościelnej) świątyni św. św. Piotra i Pawła w Katowicach. Tak się złożyło, że ani w WUG, ani w GUS, czy w służbie cywilnej nie mieliśmy kapelanów, co absolutnie nie zaszkodziło przeżywaniu sacrum, w stosownych momentach i z udziałem zaprzyjaźnionych kapłanów.

Kilka słów o znanych z mediów karczmach piwnych, będących nieformalną częścią Dnia Górnika. Lubię piwo i tradycję, lecz te imprezy niespecjalnie mi odpowiadały swoim stylem. Pamiętam, jak w jednej z kopalń jakiemuś księdzu obcięto guziki sutanny, a „złowiony” VIP musiał deptać kapustę w beczce. Teraz jest zdecydowanie kulturalniej. Na karczmach pojawiały się (i pojawiają) osoby spoza branży ubrane w honorowe mundury górnicze, co uważam za lekką przesadę. Chyba, że chcą pójść śladem znanego literata J. Iwaszkiewicza, który kazał się pochować w takim stroju.

W czasach, gdy byliśmy studentami (za PRL), nosiliśmy przez pewien okres czapki studenckie. Dla niektórych z nas było to rozrywkowe, gdyż górnicy w czasie barbórkowym identyfikowali nas z Wydz. Górniczym Politechniki Śląskiej (bo inny krój czapki), stąd spontaniczne biesiady. Raz to „zaliczyłem”.

W tym roku spotkała mnie miła niespodzianka, o której muszę wspomnieć. Zostałem wyróżniony przez prezesa WUG A. Mirka honorową odznaką „Zasłużony dla bezpieczeństwa w górnictwie”. W ten sposób podsumowano moje wieloletnie związki z górnictwem, szczególnie w omawianym obszarze. Nie wypomniano mi odejścia w 2006 roku na dekadę do Warszawy do innych instytucji rządowych.

Szczęść Boże !

Kompetencje … głupcze

Posłużyłem się parafrazą hasła wyborczego 42. prezydenta USA, aby wyrazić zniesmaczenie dla szerzącej się tendencji odchodzenia od kryterium kompetencji w życiu politycznym, gospodarczym i społecznym. Podkreślę, że to przypadłość nie tylko nasza, ale także światowa.

Niedawno, niezależnie od siebie, dwa nowoczesne amerykańskie niszczyciele rakietowe „nadziały” się na wolno płynące statki handlowe, a belgijski mechanik, serwisując samolot, zniszczył na lotnisku myśliwiec F – 16, przyciskając spust działka. O włoskim kapitanie wielkiego wycieczkowca Costa Concordia, którego wprowadził na skały, a potem uciekł, wstyd wspominać. Ostatnio Rosjanie utopili wielki dok pływający pod swoim jedynym lotniskowcem. I tak dalej.

Ale wróćmy do kraju. Zacznijmy od deficytu kompetencji w prowadzeniu polityki. Klasycznym przykładem była międzynarodowa krytyka dot. ustawy o IPN, która postawiła Polskę w fatalnym świetle antysemityzmu. Jest w procedurach legislacyjnych coś takiego jak Ocena Skutków Regulacji (OSR), odnosząca się do aspektów finansowych. Może warto też antycypować skutki polityczne za granicą? Inny przykład, to pomysł na zakup australijskich fregat typu Adelaide, gdy ośrodki władzy krajowej nie mogły się dogadać, i wyszło głupio. O katastrofie smoleńskiej nie chcę się rozpisywać z oczywistych względów, ale dla mnie, to suma braku kompetencji obu najwyższych kancelarii, wojsk lotniczych i Rosjan. W nauce o bezpieczeństwie nazywa się to koincydencją zdarzeń.

Kompetencje (?) menedżerskie w spółkach skarbu państwa (SP). Karuzela stanowisk, która jest oczywista przy zmianie kierownictwa politycznego kraju, była czymś naturalnym, jako, że „posady” w tych firmach zawsze były łupem politycznym zwycięzców. Przyglądałem się temu przez ponad 20 lat. Sam w 2000 r. uzyskałem uprawnienia członka rad nadzorczych spółek SP. Wówczas chodziło mi o dodatkowe punkty w postępowaniu o mianowanie na urzędnika służby cywilnej. Urzędnikiem, po pozytywnym przejściu konkursu, zostałem bez pomocy tych punktów, a „konfitur” skarbu państwa nigdy nie posmakowałem. Fakt, że nie zabiegałem o nie, nie mając złudzeń, jako osobnik neutralny politycznie. Interesowały mnie jednak kryteria kompetencji osób „namaszczonych”. Ten temat analizowałem jako Szef Służby Cywilnej (ale przeszkadzała mi blokada informacyjna), gdy omawiana pokusa już mnie nie dotyczyła. Można stwierdzić, że chodziło często o polityczno – towarzyskie wsparcie, a nie o kierunkowe kompetencje. Przez długi czas klucz do sukcesu spoczywał w Ministerstwie Skarbu Państwa. Zdarzało mi się udzielać fachowej konsultacji kolegom – członkom rad nadzorczych w tematyce mnie znanej, a im obcej. Myślę, że ten mechanizm obsadzania stanowisk, pomimo kilku nieśmiałych prób korekty za czasów PO, jest jednym z nielicznych stabilnych (ponad podziałami) zwyczajów polskiej klasy politycznej. Teraz jednak tempo zmian personalnych oszałamia.

Technologiczne kompetencje. O tym mógłbym pisać bez końca, ale temat jest dość znany. Jako student politechniki, pracownik naukowo – badawczy, atestator i projektant zaliczyłem szereg ważnych zakładów branży elektromaszynowej i nie tylko. Z części z nich nic nie pozostało lub resztki w roli podwykonawców, inne są montowniami firm globalnych. Nigdy nie byłem miłośnikiem, ani hasła liberalnej wyprzedaży/prywatyzacji, ani drugiej skrajności – tak zwanej narodowej dumy i teorii światowych spisków. Jednak reindustrializację kraju uważam za konieczność. Może przydałoby się nam więcej kompetentnych pracowników po zawodówce i technikach, zamiast menedżerów in spe, piarowców, haerowców, marketingowców i politologów po licznych małych uczelniach? Są oczywiście dosyć liczne przykłady pozytywne, jak kompetentna konsolidacja produkcji maszyn górniczych, czy wybudowanie (wreszcie) pierwszego okrętu wojennego – niszczyciela min, chociaż z podzespołów importowanych. Także sukcesy innej prywatnej firmy wytwarzającej drony i sprzęt łączności są światłem w tunelu. Z drugiej strony sprzedano Hiszpanom produkcję polskich autobusów. Sytuacja, pomimo deklaracji, jest niejednoznaczna.

Nad deficytem kompetencji (zarządzanie projektem, technologia, kadry, materiały) potrzebnych do budowy elektrowni atomowej nie będę się rozwodził. Większość z nich trzeba sprowadzić, trochę podobnie, jak w zbrojeniówce.

Oczywiście obszary wyzwań kompetencyjnych można mnożyć, np. media i nauka, ale w sytuacji, gdy szeroko rozumiane kompetencje schodzą na dalszy plan, model kariery Nikodema Dyzmy wydaje się bardzo atrakcyjny. Nie jestem psychologiem społecznym, jednak z perspektywy mojego doświadczenia, może nowym pokoleniom decydentów wydaje się, że, jak w grach komputerowych, mamy wiele „żyć”, a głupoty wynikające z braku kompetencji można komputerowo skasować. A może tylko marudzę i zawsze tak bywało?

Medalobranie (III)

Było już o 3 Maja i 15 Sierpnia, teraz trochę wspomnień z lat minionych obchodów Narodowego Święta Niepodległości. Krótko, bo ciężko mi się klika po poważnej kontuzji prawej ręki, która wyeliminowała mnie z blogowania na ponad dwa miesiące. Nagabywano mnie o przyczyny milczenia, a to „tylko” niefortunny upadek. A chciałem pisać o zaniku kompetencji w wielu obszarach życia polityczno-gospodarczo-społecznego. Temat jest nieustannie aktualny, wiec go wkrótce podejmę. Także nieco refleksji o Kampanii Wrześniowej z perspektywy mnie – syna kombatanta wrześniowego (i jeńca oflagów). Z uwag o współczesnych wyzwaniach Polski zbrojnej (?) wycofam się, bo to tylko słowa, słowa… i świetlane plany.

11 listopada, w dwóch kolejnych latach uczestniczyłem w uroczystościach pod patronatem Prezydenta B. Komorowskiego. Oprócz stałych (także i dzisiaj) elementów celebry, warto zatrzymać się nad pomysłem marszu „Razem dla Niepodległej”. Był to dobry pomysł, chociaż oczywiście ówczesna opozycja nie uczestniczyła. Teraz będzie podobnie, i to na uroczystościach 100. Lecia Niepodległości. Cóż, nasze piekiełko.

O tamtym marszu, mnie uczestnikowi, warto jednak wspomnieć.  Impreza miała kilka zalet. Po pierwsze – spontaniczność. Kto chciał to dołączał. Nie trzeba było specjalnych zaproszeń. Po drugie: brak drażniącej obecnie obecności służb. Tylko prezydent z małżonką i premier mieli rozpoznawalną obstawę. Ja „meandrowałem” pośród tłumu, rozmawiając ze znajomymi ministrami, parlamentarzystami, jak i nieznajomymi uczestnikami, którzy dołączali z chodnika. Wreszcie po trzecie , życzliwe otoczenie przemarszu (wzdłuż ulic i w oknach). Były to inne czasy, gdy poziom agresji zwolenników różnych opcji politycznych nie przypominał dzisiejszego ujadania.

Były też i wpadki. Czoło kolumny miało charakter historyczny (teraz wzmacnia on defiladę 15 Sierpnia). Niestety jeden z rumaków cierpiał na biegunkę. Nieźle ślizgaliśmy się w końskim g….., dopóki służby miejskie nie oczyściły Alei Ujazdowskich szuflami do śniegu. Przedobrzył doradca prezydenta prof. T Nałęcz, który z pojazdu z nagłośnieniem komentował historyczne fragmenty trasy przemarszu. Nie milkł ani na chwilę. Zaczęliśmy zawody, jak temu głosowi uciec: może do przodu, ale tak kroczył Pan Prezydent.

W moim przekonaniu „Razem dla Niepodległej” było niestety tylko częściowo udaną próbą narodowej integracji, usytuowaną pomiędzy infantylnym orłem z czekolady (3 Maja 2013), a feuerzeugami na Moście Poniatowskiego.

Dzisiaj pozostają chyba tylko koncelebrowane msze święte, na których widać w telewizji tylko przedstawicieli części społeczeństwa.

Ale pamiętajmy, że nasze niepodległe (chociaż tylko częściowo) stulecie, to wspólny narodowy wysiłek, ponad podziałami politycznymi, gdy trzeba było.

Aneks do medalobrania

Wczoraj odbyła się Wielka (jak to nazywają rządowe media) Defilada z okazji Święta Wojska Polskiego w 100. Lecie Niepodległości. Moje uwagi z poprzedniego bloga p.t. „Czas medalobrania cz.II” sprawdziły się.

Część lądowa imprezy nie wywołała niespodzianek. To powtórka z lat ubiegłych, tyle, że liczniejsza i z czołgiem Abrams i z Patriotem z USA. Stąd chyba kwaśna mina szefa MON na trybunie honorowej, z jedyną nowością -pojedynczym zestawem przeciwlotniczym Poprad w tle trybuny. Nad tak zwanym rzutem pieszym – współczesnym i historycznym nie będę się rozwodzić. Wypadł sprawnie i okazale, a podziwiać należy grupy rekonstrukcyjne, które angażują się z patriotyczno-hobbistycznej motywacji i za własne pieniądze.

Dowodem regresu był ewidentnie pokaz lotniczy. Antyczne śmigłowce Mi 2 wywołały wśród znawców obawy o bezpieczeństwo publiczności i ich załóg. Samoloty dla VIPów, których przez lata nie było (to skandal poprzednich rządów), a teraz mnożą się nadmiernie, są źródłem mieszanych odczuć. Ale ciosem jest, miejmy nadzieję, że chwilowe, zawieszenie lotów ok. 30 myśliwców MIG 29 po ich niedawnych dwóch katastrofach. Do obrony polskiego nieba pozostaje 48 myśliwców F 16 Jastrząb, bo o przestarzałych 16 szturmowcach Su 22 nie wspominam. Mała Belgia (z przyjaznym otoczeniem) ma więcej myśliwców od „frontowej” Polski, nie mówiąc o Grecji (ok. 200 sztuk). To skutki zaniedbań wszystkich rządów po 1989 roku. Może z wyjątkiem rządu lewicowego, za czasów którego uruchomiono ten jedyny, mizerny zresztą kontrakt na samoloty myśliwskie. Szacuje się, że nasz wschodni sąsiad mógłby tylko na nas rzucić około dziesięć razy więcej maszyn niż posiadamy obecnie.

Przy okazji proponuję chwilę wspomnień. Za PRL lotnictwo używało w okresie 20 lat blisko 600 samolotów myśliwskich MIG 21, a fabryka w Mielcu wyprodukowała chyba z 1300 licencyjnych odrzutowców LIM starszego typu. Nadmieniam, że nigdy nie byłem apologetą komunistycznej Polski, ale proporcje warto znać, chociaż dotyczą czasów zimnej wojny.

W świetle powyższych faktów, trudno się dziwić, że ostatnio osunęliśmy się w międzynarodowym ranking siły naszej armii o 1 (lub 2) pozycję i jesteśmy gdzieś na dwudziestym miejscu.

Wisienką na torcie, kończącą pokaz lotniczy, był przelot czterech najnowocześniejszych  myśliwców USA, maszyn przewagi powietrznej typu F 22 Raptor. Rozgadani komentatorzy TVP nawet ich nie zauważyli (czyżby sławna niewidzialność Raptorów, czy też niekompetencja mediów ). Zresztą chaotyczna praca kamer i brak synchronizacji z komentarzem, były dla widza telewizyjnego dużym mankamentem. Dobrze natomiast bawili się widzowie.

Czas na wniosek końcowy. Róbmy defilady rzadziej, bo żołnierz musi się szkolić i na to przeznaczajmy między innymi środki MON, a przy okazji nie epatujmy ciągle tym samym starzejącym się sprzętem.

Jednak tegoroczną Defiladę 100. Lecia Niepodległości trzeba było zorganizować. A Prezydent RP w swoim okolicznościowym przemówieniu słusznie odwoływał się do opieki boskiej.