Blog

DO WIADOMOŚCI:

Uprzejmie informuję, że żyje I wkrótce się uaktywnię!

Varia 2

Militarne bicie piany. Media i politycy pełni są przechwałek jak to się Polska zbroi. Tu kupimy klucz (4 sztuki) śmigłowców dla specjalsów (wojska specjalne), a tam klucz śmigłowców do zwalczania okrętów podwodnych i ratownictwa (ciekawa symbioza?), ówdzie trochę wyrzutni rakietowych – wszystko w ilościach śladowych i bez wizji całości programu modernizacji technicznej WP. Te zakupy to drobiazg wobec pomysłu kupowania wielozadaniowych amerykańskich myśliwców F 35, w cenie 100/120 milionów $ za sztukę, bez zaplecza logistycznego (naprawy, szkolenie pilotów).

Amerykanie wznawiają właśnie produkcję nowej wersji posiadanych przez nasze lotnictwo F 16, znanych przez pilotów, posiadających już bazą szkoleniową w kraju i, co ważne, znacznie tańszych. Ale my wolimy lotnicze Mercedesy, bo brzmi to lepiej w roku rocznicowego zadęcia. Z tym nadymaniem się, to ostrożnie. Ostatnio był w Polsce brytyjski wiceadmirał – dowódca sił morskich NATO, który skrytykował publicznie rząd polski za zaniedbywanie marynarki wojennej i brak pełnowartościowych okrętów klasy fregata. Musimy pamiętać, że nie tylko Sojusz ma nas bronić przed Rosją, ale i my musimy realizować zobowiązania sojusznicze na Bałtyku i poza nim.

Trochę niemieckiej (i nie tylko) muzyki. Temat może lżejszy, chociaż to heavy metal w wykonaniu niemieckiej grupy Ramstein i tytule Deutschland (Niemcy). Narobił, nomen omen, wiele hałasu w mediach zagranicznych, że rzekomo kontrowersyjny, że skandal, że nie dla młodzieży, że obraża Żydów. A mnie się podobał, bo pokazuje kawał niemieckiej historii w niesztampowy sposób. Inspirację ich stylu słychać i widać w polskiej grupie Oberschlesien (Górny Śląsk), z takimi między innymi utworami, jak „Orzeł” i „Powstaniec”. Do tych klimatów zaliczyłbym także szwedzkiego Sabatona z utworem o Powstaniu Warszawskim. Ciekawe, że tematykę historyczno-rozliczeniową podejmują grupy metalowe z różnych krajów. A w Eurowizji sztampa we wszechobecnym języku angielskim.

Odbudowa totalna zniszczeń. Nosiłem się z podjęciem tego tematu już wcześniej, ale nie starczyło mi determinacji, aby potraktować go szerzej. Chodzi mi o zacieranie ran II Wojny Światowej w Polsce poprzez nierozsądną, moim zdaniem, odbudowę wszystkiego, co zniszczono w naszych miastach.

Najgorszym przykładem jest Warszawa. Budynek Pasty – symbol walk Powstania Warszawskiego, przez lata był nośnikiem reklamy wódki, co się szczęśliwie zakończyło, ale przekaz zniknął po odbudowie. Ulica Próżna była z kolei symbolem zagłady getta i jego mieszkańców z porażającym obrazem niszczejących kamienic i wizerunków dawnych mieszkańców. Teraz uzyskuje cukierkowy wygląd, jakich tysiące w całej Europie. A ślady po kulach na frontach zachowanych kamienic warszawskich nikną pieczołowicie ocieplane styropianem. Podobnie jest w Gdańsku, gdzie wyspę Spichrzów zapełnia się lekko stylizowaną budowlanką, nie pozostawiając śladów – symboli zniszczenia tego miasta. Dotknęło to także gdańskiego kościoła (czy taką ma jeszcze funkcję) św. Jana, którego wnętrze sprawiało swego czasu traumatyczne wrażenie ofiary wojny. Te pomysły totalnej renowacji ominęły, jak dotąd, szczęśliwie moje rodzinne Gliwice. Spalonego przez czerwonoarmistów teatru miejskiego Victoria nie odbudowano ze względu na brak środków (i dobrze!), lecz zaadaptowano na cele publiczne w wersji zabezpieczonej ruiny. Różnego typu wydarzenia artystyczne w ruinach teatru cieszą się szerokim zainteresowaniem ze względu na swoista atmosferę tego miejsca (chociaż bywa zimno i krzesła są twarde). Tego nie zaoferowałby odbudowany, kolejny, prowincjonalny teatr miejski.

Wzorem podejścia do „spadku” po II Wojnie Światowej są pozostawione symbolicznie ruiny w Hiroszimie oraz wrak pancernika w Pearl Harbour. A u nas efektowna wojenna inscenizacja w Muzeum II WŚ w Gdańsku i ruiny koszar na Westerplatte.

Kto kocha energetykę jądrową, aneks

Niedawno otrzymałem uprzejmą odpowiedź od dyrektora Biura Zarządu i Komunikacji PGE EJ1 na moje pytania skierowane do wykonawcy badań opinii publicznej (PBS w Sopocie) w gminach lokalizacyjnych ewentualnej, przyszłej elektrowni jądrowej nad morzem, patrz mój wcześniejszy post „Kto kocha energetykę jądrową”.

 

Większa część odpowiedzi PG EJ1 była już znana z publikacji internetowych i uwzględniona w moim powyższym tekście. Są jednak dwa wyjątki.

 

Dot. terminu badań. PGE EJ1 uważa, że późno jesienny termin służy wygodzie mieszkańców, latem zbyt obciążonych obowiązkami turystycznymi i jest terminem optymalnym. Tym samym przyznaje, że gmina ma charakter turystyczny, co nie pojawia się w ankiecie. Czy na przykład maj, gdy życie wraca na tereny nadmorskie nie byłby do zaakceptowania? Nie wiemy, chociaż motywy jesienno – zimowych badań zasugerowałem we wcześniejszych uwagach.

 

Dot. liczby badanych w sołectwach. Z pisma PGE EJ1 dowiedziałem się, że w interesujących mnie sołectwach gminy Choczewo: Kopalinie (w tym Lubiatowo) i Słajszewie przebadano odpowiednio 38 oraz 30 osób, czyli 68 mieszkańców sołectw najbardziej narażonych na negatywne skutki budowy i funkcjonowania ewentualnej elektrowni atomowej, na ogólną liczbę 500 osób ankietowanych w gminie liczącej ponad 5500 mieszkańców stałych. Oczywiście o inwestorów zamieszkujących czasowo gminę, a szczególnie te dwa zagrożone sołectwa nikt nie pomyślał. W metodologii badań nałożono kwoty liczby wywiadów w poszczególnych sołectwach proporcjonalne do procentu ich zaludnienia w gminie. W ten sposób liczniejsze sołectwa (łącznie 14 w gminie Choczewo), nie mające głównego profilu turystyczno – rekreacyjnego zadecydowały o wynikach badania opinii. To krzywdzące dla najbardziej zainteresowanych, bo udział ich opinii to tylko niewiele ponad 1 procent mieszkańców całej gminy Choczewo !

Ciekawa byłaby informacja jaki był współczynnik odmów wyrażony przez wskazanych do ankietowania.

 

Reasumując , podtrzymuję, że nie ma podstaw do zmiany wcześniej wyrażonego stanowiska, iż wyniki badań opinii publicznej na temat stopnia akceptacji budowy elektrowni atomowej w lokalizacji Kopalino – Lubiatowo należy zakwestionować.

VARIA 1

Varia, a może bardziej współcześnie – Mix, to mój nowy post cykliczny. Skoro od niedawna opłacam mojego bloga i nie „skorumpowałem się” płatnymi reklamami, to w nadchodzącym roku będę bardziej szczery, poruszając szerszą tematykę, o której mam jakieś pojęcie. Zamierzałem początkowo w tym celu wykorzystać FB, ale tam rządzi głównie lans, zdjęcia z różnych imprez i imprezek, co mi nie konweniuje.

W tym roku czekają nas (już to się zaczęło) liczne harce polityczne. Muszę więc uważać, aby jakaś sfora prawników nie zaciągnęła mnie do sądu cywilnego za nadmiar szczerości. Wystarczy, że mam, dzięki doniesieniom byłego już Ministra Środowiska J. Szyszki, kontakty z prokuraturą (podkreślam, tylko jako świadek), który zalał ten organ kilkunastoma dowodami czujności „dobrej zmiany”.

Ale, do rzeczy.

Strajk Nauczycieli i nie tylko. Forma desperacka i destrukcyjna dla powagi oświaty, ale może nie dało się inaczej. Mam mieszane uczucia, bo i początkowe żądania płacowe były w oczywisty dla budżetu państwa sposób przesadzone, jak i moment wyboru takiej formy protestu szkodliwy dla dzieci i młodzieży. Jednak podwyżki wynagrodzeń (wraz ze zwiększeniem pensum godzin polskiego nauczyciela) wydają się być w pełni uzasadnione. Tu narzuca mi się analogia z bliską mojemu sercu służbą cywilną i jej niedowartościowaniem, szczególnie na niższych stanowiskach poza centrum. Koleżanki i koledzy z korpusu nie strajkują, bo ustawowo nie mogą. Pozostaje tylko porzucić taką pracę, lub jej nie podejmować, co się dzieje ze szkodą dla administracji rządowej. Wszystkie te problemy zostały zawinione przez byłe i obecne rządy, grzeszące brakiem systemowego podejścia do wyzwań w edukacji, administracji i służbie zdrowia (a to temat dramatyczny). Obecne elity rządzące przesadziły z propagandą sukcesu i teraz mają skutki w postaci pokera płacowego.

Emerytury. Podpadnę wielu przeciwnikom obecnej władzy, niesłusznie nazywanych „totalną opozycją” (to kolejne etykietowanie, tak, jak „dobra zmiana”), ale cieszy mnie 13. emerytura w kwocie 888, 25 PLN. Starczy to na dwa komercyjne badania diagnostyczne, zamiast czekania na nie ad mortem defaecatam (łacina, patrz wikipedia). Dopiero, będąc emerytem bez dorabiania, widzę, że niezrealizowany postulat rezygnacji z opodatkowania emerytur jest nieustająco dobrym pomysłem przedwyborczym. Potencjalna liczba głosów może być znacząco większa niż na przepychanki, kto może być rodzicem A lub B (on, ona lub inna płeć).

Wielka defilada. Za czasów, gdy byłem przez blisko 7 lat wiceministrem PO, brakowało mi defilad wojskowych, jako afirmacji naszych polskich marzeń o silnym, także militarnie, państwie. Teraz, jak to u nas, zaczynamy przesadzać w drugą stronę. Mam na myśli planowaną imprezę 3. maja z okazji 20. rocznicy przystąpienia do NATO. Ciekawe, czy w związku z tym będzie także tradycyjna defilada 15. sierpnia? Sens defilad wojskowych, poza obejrzeniem coraz słabszych w wykonaniu sojuszników parademarszów, polega na zademonstrowaniu nowego sprzętu. A tego nie będzie w ramach powtórki ubiegłorocznej, no może poza systemem przeciwlotniczym najbliższego zasięgu Poprad. Środki na taki event militarny lepiej byłoby przeznaczyć na nowoczesną amunicje dla Krabów czy Raków. Polecą też kolejne samoloty dla VIPów. Trwa ich udostępnianie elitom. I znów odbijamy się od płota do płota. Za poprzednich rządów było niebezpieczne dziadostwo, teraz będą mieli dwa małe i trzy duże odrzutowce (oby także z możliwości szybkiej adaptacji na transportowce, a nie tylko salonki). Ale wybory przed nami, wiec prężymy muskuły, także na niebie, bez zawieszonych Migów 29.

Amerykańskie „wpadki”. Pogderajmy o Stanach Zjednoczonych, w kontekście trzech katastrof lotniczych, także wizerunkowych dla USA, kraju uznawanego dotąd za prymusa technologicznego. Rozbicie się niedawno dwóch najnowszych Boeingów 737 MAX (blisko 350 ofiar), najprawdopodobniej, jak donoszą media, z powodu błędów oprogramowania i pośpiechu z wdrożeniem tego typu samolotów (konkurencja europejska!) oraz utracenie nad morzem wraz z pilotem pierwszego japońskiego (produkcji amerykańskiej Lockheed Martin, montaż w Japonii), myśliwca piątej generacji F-35, wywołują zaniepokojenie potencjalnych kontrahentów. To wcale nie łagodzi polskiej traumy spowodowanej katastrofami naszych podstarzałych Migów produkcji sowieckiej.

Obrazek z Gliwic. Dobiega końca mój kolejny półroczny okres bytowania w rodzinnych Gliwicach. Czas na nadbałtyckie szkwały i prawie białe, czerwcowe noce. Oraz na otoczenie zieleni, bo w Gliwicach (kiedyś zwanych z przesadą najbardziej zielonym miastem Górnego Śląska) trwa wiosenna wycinka. Niniejszym prezentuję „dzieło” drwali przy ul . Kościuszki, gdzie spaceruję z psem.

W kolejnych Variach znajdzie się więcej pozytywnych spostrzeżeń.

Kto kocha energetykę jądrową?

Minister Energii oraz Polska Grupa Energetyczna Energetyka Jądrowa 1 (dalej PGE EJ1) podpierają się nieustannie dobrymi (dla nich) wynikami badania opinii publicznej, czyli ankietowaniem mieszkańców pomorskich gmin lokalizacyjnych pod elektrownię atomową Choczewo, Gniewino i Krokowa – z potencjalnym usytuowaniem obiektu w Kopalinie/Lubiatowie lub Żarnowcu.

Jako przeciwnik spóźnionego technologicznie pomysłu wdrożenia energetyki jądrowej w Polsce (obłędne koszty, zagrożenie bezpieczeństwa, naruszenie środowiska naturalnego, brak krajowego, specjalistycznego zaplecza i bazy wiedzy), jestem szczególnie uczulony na mącenie opinii publicznej wynikami, zawsze z rezultatem „za” projektem budowy. Postaram się dowieść słabości tych badań/sondaży.

1. Metoda badań CAPI. Są to wywiady osobiste wspomagane komputerowo. Czyli przychodzi ankieter do jakiegoś wybranego gospodarstwa domowego w danym sołectwie jednej z wyżej wymienionych gmin i zadaje pytania z kwestionariusza, wklepując odpowiedzi do laptopa. Próbowałem się dowiedzieć u wykonawcy sondażu czyli Pracowni Badań Społecznych z Sopotu (dalej PBS), jak dokonywano wyboru (raczej doboru) ankietowanych. Odmówiono mi informacji, zasłaniając się umową z PGE EJ1. A jest to ważne, bo w każdym gospodarstwie domowym można było zbadać więcej niż jedną osobę. Wiadomo tylko, że próba (liczba ankietowanych) była proporcjonalna do populacji sołectw. Najciekawsze byłyby wyniki z nadmorskich sołectw Kopalino i Słajszewo (oba w gminie Choczewo), gdzie znajdzie się najprawdopodobniejsza lokalizacja atomówki.

2. Co wiemy o badaniu. W Internecie można znaleźć informacje na stronie PGE EJ1 i portalach energetycznych o ostatnich dwóch (2017 i 2018) badaniach PBS. W sumie ostatnio ankietowano w trzech omawianych gminach 1217 osób zamieszkałych tam na stałe, czyli ok. 5 procent populacji. W najważniejszej z punktu widzenia poparcia/sprzeciwu wobec projektu gminie Choczewo ankietowano 500 osób. Dane z pozostałych gmin (szczególnie Gniewina), to swoista zasłona dymna, bo decydująca będzie postawa mieszkańców gminy Choczewo, pod których nosem ma powstać w wieloletnim wysiłku budowlanym elektrownia jądrowa.

3. Wątpliwości. Symptomatyczne, że badano tylko zamieszkałych na stałe, chociaż w pasie nadmorskim przeważają inwestorzy, którzy pobudowali z własnych środków domy i ośrodki rekreacyjne i w których przebywają zwykle pół roku. Tych nie badano. To oczywiste, że ich odpowiedzi w ankiecie byłyby negatywne dla pomysłu energetyki atomowej za miedzą, skutkującej utratą wartości nieruchomości i planów życiowych. Zresztą transformacja praktycznie nietkniętych przez przemysł ostatnich terenów nadbałtyckich, to problem także dla stałych mieszkańców, którzy nastawili się na obsługę ekologicznej turystyki. Badania 2017 i 2018 roku przeprowadzono każdorazowo w listopadzie/grudniu. To dobry unik, aby nie spotkać się ze zwolennikami antyatomowej ścieżki rozwoju gminy.

4. Zadane pytania.Respondentomprzedstawiono16pytań,które przygotowała PBS we współpracy z zamawiającą PGE EJ1, co oczywiście od razu zdeterminowało ich treść. Na przykład pytanie nr 6: „Polska potrzebuje energetyki jądrowej ponieważ obecne źródła są niewystarczające do zaspokojenia potrzeb energetycznych naszego kraju”. Takie pytanie zwane sugerującym, to błąd metodologiczny badań, ustawiający odpowiedź respondenta zgodnie z zamiarami projektanta pytań (PGE EJ1).

5. Odpowiedzi. Ciekawe są wyjaśnienia respondentów z gmin. Poniżej kilka przykładów motywujących poparcie w trzech badanych gminach dla elektrowni atomowej (łącznie jakoby 69 procent, a dla gminy Choczewo nawet 73 procent):

– tańsza energia (49 procent). Jak wiadomo, tego nikt nie udowodni dla ciągnącej się zwykle kilkanaście lat budowy siłowni jądrowej, kosztującej dziesiątki miliardów złotych.

– więcej miejsc pracy po wybudowaniu elektrowni (54 procent pytanych). Obecnie w każdej z trzech badanych gmin jest zarejestrowanych po ok. 300 bezrobotnych, a bezrobocie w woj. Pomorskim wynosi nieco ponad 5 procent. Czyli walka z niewielkim bezrobociem poprzez inwestycję jądrową jest bezcelowa. Nie wypada mi rozwijać tematu posiadania odpowiednich kwalifikacji do zatrudnienia w elektrowni atomowej. Z załogą będzie problem ogólnopolski, a nie gminny.

– Warto wiedzieć, że dla 28 procent ankietowanych najpopularniejszym źródłem wiedzy na temat energetyki jądrowej były opinie znajomych i rodziny, a 27 procent ocenia dobrze/bardzo dobrze swoją wiedzę na omawiany temat. Pogratulować PGE EJ1 działalności propagandowo- oświatowej w terenie. Przynajmniej wiemy, że jakaś kwota z wydanych 447 000 000 złotych nie poszła na marne.

Inne uwagi. Nie znam proporcji osób zameldowanych na stałe w sołectwach Kopalino (w tym Lubiatowo) i Słajszewo do osób zamieszkujących czasowo (zwykle pół roku) w swoich domach, ale sądzę, że jest nas więcej. Lecz głosu w tych badaniach byliśmy pozbawieni.

Nie rozwijałem tematu lokalizacji „Żarnowiec” (gmina Krokowa), bo to inna specyfika. Mieszkańcy zetknęli się już tam z nieudanym pomysłem na polską energetykę jądrową, z którego pozostał głównie betonowy poligon na jez. Żarnowieckim.

Nie krytykuję Pracowni Badań Społecznych z Sopotu za powyższe badania opinii, bo zrobili co im zleciła PGE EJ1.

WNIOSKI

1. Wyniki badań opinii mieszkańców gmin lokalizacyjnychelektrowni atomowej na Pomorzu należy zakwestionować.

2. Wysoki poziom akceptacji projektu atomowego w gminach Choczewo, Gniewino i Krokowa wynika z opracowanego przez PGE EJ1 scenariusza badań preferującego zwolenników elektrowni jądrowej w sąsiedztwie (dobór respondentów, termin badań, kwestionariusz pytań).

3. Kompletnie pominięto inwestorów prywatnych (domy i domki rekreacyjne, ośrodki wypoczynkowe z ich otoczeniem logistycznym), którzy zaangażowali często cały swój dorobek życiowy w ten piękny rejon, niezabetonowany jeszcze przez deweloperów.

4. W kwestionariuszu pytań nie ujęto drażliwej tematyki,jak rekompensata finansowa dla osób/gospodarstw pokrzywdzonych zmianą charakteru gminy z rekreacyjno-turystycznego na przemysłowy, czy degradacji ekologicznej tego rejonu Pomorza Gdańskiego.

Dr inż. Sławomir Brodziński, Gliwice/Lubiatowo, kwiecień 2019 r.

Pod gwiaździstą flagą …

a, gdy dodam jeszcze – w rytmie „Ody do młodości” Beethovena, jasnym się stanie, że chodzi o Unię Europejską, a nie o USA.

Rośnie szum przed wyborami do Parlamentu Europejskiego (PE), więc dorzucę swoje trzy grosze. Lansują się partie i partyjki, tworzone są koalicje. Żadna jednak, poza ogólnikowymi deklaracjami nie proponuje swojej wizji Europy na najbliższe, pełne wyzwań lata. Chodzi więc o lokalne interesy krajowe oraz o kasę w euro. To samo (jak dotąd) dotyczy kandydatów na deputowanych do PE. Kilkoro „etatowych” posłów europejskich wylewa żale, że ich dotychczasowe zasiadanie w Brukseli i Strasburgu nie zostało należycie docenione w kolejnym rozdaniu miejsc na listach wyborczych.

Moje kontakty ze Wspólnotami Europejskimi (tak to się wtedy nazywało) zaczęły się w początkowych latach 90. XX wieku, gdy bywałem zapraszany jako nieformalny przedstawiciel Polski na posiedzenia Komisji Bezpieczeństwa Pracy w Górnictwie (SHCMOEI) w Dyrekcji Generalnej ds. Zatrudnienia w Luksemburgu. Nawiasem mówiąc, miasto Luksemburg wydaje mi się z perspektywy czasu sympatyczniejsze niż zurzędniczała Bruksela. A może to tylko aura roztaczana przez niesławnej pamięci (zbrodnie kongijskie) króla Belgów Leopolda II.

Zabawne zdarzenie miało miejsce na jednym z posiedzeń SHCMOEI dotyczącym bezpieczeństwa w górnictwie węglowym. Pewien frankofoński delegat spytał mnie o rolę kanarków jako indykatorów gazowych w polskich kopalniach. Zaniemówiłem, myśląc, że jego angielski, jak to w tej grupie językowej bywało, ma pewne braki. Jakoś z tego wybrnąłem, nie chcąc go publicznie zawstydzać, że tylko czytałem historyczne zapiski o tych żywych „urządzeniach”, reagujących na szkodliwe gazy kopalniane. Górnicy zwozili pod ziemię klatki z tymi ptaszkami i obserwowali ich zachowanie; to informacja dla niewtajemniczonych.

„Kiedyś w Stałym Przedstawicielstwie RP przy UE”

Zresztą moja aktywność w tej komisji przysporzyła mi kłopotów, bo jeden z górniczych VIPów upatrzył sobie te wyjazdy (chyba w sumie trzy), czego, ja naiwniak nie rozszyfrowałem. Potem, także w WUG, za własne pieniądze i w weekendy, ukończyłem europejskie studia podyplomowe na Uniwersytecie Warszawskim/Maastricht. To zaniepokoiło niektórych, więc dostałem pisemny zakaz zajmowania się w urzędzie problematyką unijną. Ta sprawa kojarzy mi się z dowcipem o bezobsługowym, polskim kotle w piekle.

Mój stosunek do tak zwanej Brukseli był zawsze pozytywny, ale bez egzaltacji. Widziałem nieuchronność naszego dołączenia do Europy, aktywnego uczestnictwa w jej gremiach i mądrej (bez histerii) obrony polskich, a najlepiej zgrupowanych w mini sojuszach, interesów. Nawiasem mówiąc – UE, do której aspirowaliśmy i weszliśmy, miała wtedy inne oblicze, bo polityczno- ekonomiczno-społeczne w duchu wspólnotowym. Dzisiaj niestety jest dużo ideologii jednej formacji politycznej, partykularnych interesów wielkich graczy (dobitny przykład to Niemcy i gazociąg NS 2) i biurokratycznego przeregulowania (np. ochrona danych osobowych, nie wypominając krzywizny banana). A także prób narzucania rozwiązań, jak z zaproszonymi nie przez nas uchodźcami.

Potem, już pracując w Głównym Urzędzie Statystycznym, mieliśmy stałe robocze kontakty z Europejskim Urzędem Statystycznym (Eurostat), także usytuowanym w Luksemburgu. Miały i mają one profesjonalny charakter. Ostatnio w mediach pojawiła się informacja o dużych rozbieżnościach w danych statystycznych Polski i Niemiec (bilans wymiany towarowej). W rzeczywistości (źródło GUS), według danych przekazanych przez oba kraje do Eurostatu, bilans dla Polski to pół miliarda euro na naszą korzyść, wg. Niemiec – saldo wyniosło 3,4 mld na ich korzyść. Czyli kwoty te są dużo niższe niż podają media. Skąd jednak różnica ? Do przyczyn tych rozbieżności zaliczyć można między innymi: „uwspólnotowienie” towarów (wolny obrót w UE), guasi tranzyt, daty aktualizacji danych i t.zw. efekt rotterdamski (patrz Internet). Drobna ciekawostka. Eurostat mieścił się w wielofunkcyjnym kompleksie handlowym na jego górnym piętrze. Na parterze były lokale gastronomiczne, stąd przechodząc przewiązką łączącą skrzydła budynku (i urzędu), można było zidentyfikować menu kilka pięter niżej. Straszne dla głodomorów.

Najważniejszym wydarzeniem europejskim w mojej zawodowej karierze była polska prezydencja (przewodnictwo) w UE w drugim półroczu 2011 roku. Została wysoko oceniona przez kraje członkowskie za dobre przygotowanie merytoryczno-organizacyjne, a kosztowała też niemało. Duży udział w przygotowaniach i przebiegu miała polska służba cywilna, którą miałem zaszczyt wówczas kierować. Nasz model centralnej administracji rządowej (zawodowa, rzetelna, bezstronna i politycznie neutralna) spotkał się z dużym zainteresowaniem krajów aplikujących do UE i aprobatą jej „starych” członków. Szkoda, że te osiągnięcia zostały niedawno zniweczone „okrojeniem” Ustawy o służbie cywilnej o wyższe stanowiska. Pamiętam tylko jeden zgrzyt podczas tych pracowitych miesięcy, kiedy podczas zwiedzania Warszawy przez gości zagranicznych, polski przewodnik stwierdził, że stolicę zniszczyli naziści. Dostało mu się ode mnie (werbalnie).

Ostatni etap moich kontaktów służbowych z Brukselą (dosłownie, bo tam się rozgrywały potyczki) realizowałem jako Główny Geolog Kraju. Była to przede wszystkim obrona polskiego projektu pozyskiwania gazu z łupków z zastosowaniem tak zwanego szczelinowania hydraulicznego wobec sprzeciwu agresywnych środowisk ekologicznych inspirujących niektórych eurokratów (i legislację). Grupy te były niestety „zaimpregnowane” na argumentację naukową (przeprowadziliśmy szeroki program krajowych badań terenowych) i działały z pobudek ideologicznych (a może i biznesowych), a nie merytorycznych. Szkoda, bo taka postawa działa destrukcyjnie na słuszne inicjatywy ochrony środowiska naturalnego. Broniliśmy się nieźle, wspierani przez unijnych Polaków i sojuszników z innych krajów. Tu muszę wspomnieć o konferencji na powyższy temat zorganizowanej w Brukseli przez Państwowy Instytut Geologiczny, ze wsparciem Ministerstwa Środowiska. Czując opór przeciwników, zaprosiliśmy posiłki – polskich europosłów. Przybyło dwoje: pani J. Wiśniewska z PIS oraz pan J. Zemke z SLD. Wyrazy uznania należą się ówczesnemu przewodniczącemu PE panu prof. J Buzkowi (PO) za mądre wspieranie spraw polskich, między innymi w obszarze mych kompetencji (służba cywilna w okresie prezydencji, gaz z łupków). Tego nie mógłbym powiedzieć o otoczeniu komisarz pani E. Bieńkowskiej, które zignorowało próby konsultacji w sprawie unijnej geologii (w ramach organizacji EuroGeoSurveys).

Przez te opisywane lata stykałem się też z różnymi wcieleniami pana posła J. Saryusz Wolskiego (PiS wcześniej PO), pierwszego polskiego pełnomocnika do spraw europejskich. Jego wiedza organizacyjna o problematyce UE (wcześniej EWG i WE) i praktyczne doświadczenie unijne zasługują na uznanie.

Niektóre koleżanki i koledzy ze służby cywilnej trafili w wyniku naboru w szeregi administracji unijnej, co cieszy. Zachowując obiektywizm, mogą służyć pomocą krajowi ojczystemu. Powinno ich być więcej. Zainteresowanie opinii publicznej skupia się jednak na politycznych mianowańcach, często nie mających pojęcia o Unii Europejskiej, jej procedurach, nie mówiąc o znajomości języków obcych (wypadałoby znać co najmniej dwa).

Chyba pierwszy raz zdecydowałem się w moim blogu na uwagi personalne (oczywiście stonowane). Ale ostatnio wzrosła moja chęć ekspresji „bez retuszu”. Proponuję pamiętać też, że wybory do Parlamentu Europejskiego , to nie prawybory do Sejmu i Senatu RP.