Blog

Czas medalobrania – refleksje nad celebrą (I)

Dosłużyłem się w 2000 roku Srebrnego Krzyża Zasługi. Traf chciał, że pod koniec kadencji Prezydenta B. Komorowskiego, zostałem zaproszony jego pismem na uroczystość wręczenia mi Złotego Krzyża Zasługi, co jako państwowiec oraz mundurowy górnik przyjąłem z satysfakcją. Trochę nie pasował mi termin pomiędzy okresami medalobrania (mój neologizm), czyli 3 maja, 11 listopada, 15 sierpnia (Święto Wojska Polskiego)  i  4 grudnia (Barbórka). Ale nic to !

W sławnej sali „Pod żyrandolem” Pałacu Prezydenckiego spotkał mnie srogi zawód. Zabiegana pani z listą nagradzanych stwierdziła, że ma już jednego Sławomira B., czekającego w szeregu. Naszło mnie olśnienie. Wszak to mój „sobowtór” z woj. śląskiego, z którym spotkałem się raz w życiu i który niechcący przysporzył mi kłopotów, gdy w 2006 r. trafiłem z katowickiego Wyższego Urzędu Górniczego do warszawskiego  Głównego Urzędu Statystycznego. Pewna posłanka prawicy (wtedy i dzisiaj) sprawdzała, czy to ten Brodziński.  Ów był i jest działaczem lewicy z Zagłębia, a ja zawsze bezpartyjnym centrystą z administracji rządowej. Uff, przeszedłem weryfikację, ale odtąd używam w życiu publicznym drugiego, trochę pretensjonalnego w codziennej polszczyźnie,  imienia  (Marek).

Z Pałacu Prezydenckiego wybyłem cichaczem, pomimo smakowitych zapachów unoszących się z sąsiedniej sali bankietowej. Nikt nie wyraził później ubolewania.

W następstwie tego faux  pas zwróciłem się przez właściwy sekretariat Ministerstwa Środowiska do odpowiedniej komórki medalowej Kancelarii Prezydenta o wyjaśnienie, czy „R-ce” przysługują odznaczenia w czasie pełnienia swoich obowiązków. Miałem  na uwadze 38 lat pracy (w tym ok. 23 lata w administracji rządowej) w kontekście medalu „Za długoletnią służbę”. Odpowiedź była negatywna, co uznałem za zasadne. Jednak tylko do momentu, gdy znany minister D. z KPRP przypinał w mojej obecności tenże medal osobie podlegającej (?) podobnym restrykcjom. Wtedy przypomniałem sobie poradę bardziej doświadczonych w medalobraniu kolegów, że losowi trzeba pomagać.

Zamykając temat, sięgnijmy przewrotnie do historii. Order Orła Białego najwyższe i najstarsze polskie odznaczenie państwowe, ma niezbyt chlubną genezę. „Wymyślił” go uwikłany w walki wewnętrzne król polski August II (Wetyn), jako medal pamiątkowy  i w 1705 roku w Tykocinie wręczył obecnemu tam swojemu sojusznikowi – carowi Piotrowi I (Wielkiemu).  W zasadzie, dopiero II RP zrehabilitowała to odznaczenie.

W czasach PRL odznaczenia dzieliły się na wybrane „chlebowe” ordery (skutkowały dodatkami do pensji) oraz pozostałe medale (bez skutków finansowych). System ten zniesiono w 1999 roku.

A dlaczego o tym piszę ? Może, żeby nabrać zdrowego dystansu do celebry.

Do bywalców niezależnego portalu służby cywilnej

Koleżanki i Koledzy. Dziękuję, że potraktowaliście mnie, byłego szefa służby cywilnej (SSC) ulgowo, po przeczytaniu mojego blogu „Mity ministerialnego eldorado”. Wiem, że był on zapewne prowokacyjny dla osób zarabiających w służbie cywilnej 2000+. Kiedyś na uczelni zaczynałem od 1800 (po denominacji), dorabiając pracami zleconymi oraz usługami pilota wycieczek turystyczno – handlowych do „bratnich krajów”. Oczywiście, to tylko refleksja, nie łagodząca dzisiejszego problemu.

Sytuacja najniżej zarabiających (inspekcje powiatowe) zawsze mnie martwiła, a szczególnie po moich wizytach w dwóch powiatowych inspekcjach w woj. śląskim i lubelskim. Bez wsparcia starostów pewnie nie mogłyby one wypełniać swoich zadań, o pensjach nie wspominając. Jak wiadomo, na wzrost wynagrodzeń służby cywilnej (sc) była, nie tylko za moich czasów, nałożona blokada i nie pomogła nawet angielska herbatka z mlekiem u ministra R. w sprawie tej najbiedniejszej grupy korpusu. Nie, bo nie.

Z drugiej strony, uważałem prywatnie za nieprzyzwoite „kolekcjonowanie” przez niektórych dyrektorów generalnych (i dyrektorów) dodatkowych dochodów z tytułu regularnego (co dwa lata) uzyskiwania kolejnego stopnia w służbie cywilnej, płatnego uczestnictwa w komitetach audytu i radach nadzorczych, wysokich nagród itd. Wszystko jednak było lege artis, a moje uszczypliwości – jako metoda perswazji, nie skutkowały.

Motywacją dla członków korpusu powinny być nagrody (oczywiście, to teraz szczególnie niepopularne), których wysokość nie zależałaby od pozycji w hierarchii służbowej (a tak jest najczęściej), lecz od dokonań. Wiadomo, że dyrektorzy generalni, dla świętego spokoju i związków zawodowych przedkładali „urawniłowkę”. Jak jest teraz w upolitycznionej administracji, nie wiem, bo jestem wyautowany.

Dzisiaj pisze się o potrzebie menedżerów w naszym fachu. Ten temat wraca jako słuszny, ale nigdy nie zrealizowany postulat. Swego czasu proponowałem wyłom w systemie służby cywilnej i czasowe (do 3 lat) zatrudnianie specjalistów z rynku do realizacji ważnych projektów rozwojowych. Nie chodziło mi bowiem o tworzenie wyobcowanych z sc centrów, z niekontrolowanymi systemowo pracownikami, częściej ulegającymi pokusom korupcji i nepotyzmu. Znamy takie sytuacje.

Z perspektywy czasu, dostrzegam, że moja rola jako szefa służby cywilnej polegała głównie na wdrożeniu ustawy o sc z 2008 roku (przywracającej ideę służby, po jej dekompozycji przez poprzedników politycznych) i obronie jej ducha i litery w utarczkach z politycznymi ministrami, a także swoistej europeizacji administracji rządowej. Do tego dołączyłbym walkę z korupcją. To się udawało, bo miałem wolną rękę „góry”. Istniała jednak instytucjonalna słabość SSC wobec administracji skarbowej, którą chyba przede wszystkim reprezentujecie. Nadzór i kierowanie skarbówką były bowiem zazdrośnie strzeżone przez Ministerstwo Finansów.

Kończąc ten (mam nadzieję, że będą kolejne) etap dialogu z członkami korpusu służby cywilnej, w pełni zgadzam się z Waszymi konkluzjami dotyczącymi pauperyzacji służby cywilnej, między innymi przez wieloletnią blokadę kwoty bazowej. Jak to zmienić ? Dzisiaj nie wiem, szczególnie po histerii nagrodowej polityków wszelkich opcji.

Jedna uwaga praktyczna: zdobywajcie uprawnienia przydatne w świecie poza administracją, ale nie zapominajcie o wartościach, które przyswoiliśmy sobie w tej służbie.

Na(g)rodowa paranoja

Miało być lepiej, czyli systemowa podwyżka zablokowanych od lat wynagrodzeń osób zajmujących kierownicze stanowiska w państwie, tak zwanej „R-ki”. Nie udało się to za rządów PO, także padło pod rządami PIS.

Wymyślono więc niezgrabny manewr z nagrodami, ale też się nie udał.

A przyczyną był/jest strach przed niezadowoleniem suwerena podżeganego przez populistyczne media. To co się ostatnio wyrabia w kontekście nagród w Sejmie, różnych kanałach telewizjach, forach internetowych, czy ulicach miast (bilbordy), to paranoja. Rozsądek zanika w konfrontacji z ulotnymi słupkami poparcia, generowanymi  przez rozmaite, często krytykowane po wyborach, ośrodki badania opinii publicznej. Pracowałem kilka lat w Głównym Urzędzie Statystycznym, więc tego i owego się nasłuchałem.

Konkluzja jest smutna. Jeżeli rządzący każdej maści boją się wyników badań opinii zwykle ok. tysiąca obywateli, to co będzie z realnym zagrożeniem, na przykład zewnętrznym?

Dziwny taniec rządzących  (i opozycji) kończy się decyzją „godną” Aleksandra M – oddać, a innym zabrać. W ten sposób wszelkie działania na rzecz racjonalizacji wynagrodzeń „R-ki” trafiają na długo do zamrażarki. O posłach i senatorach, nie wypowiadam się, bo to nie moja działka. Gwałtownie chyba wzroście zainteresowanie Parlamentem Europejskim wśród przedstawicieli narodu.

Skutki uboczne afery (?) są znaczne. W sumie znów dostało się funkcjonariuszom publicznym, na których spada odium naciągaczy, a etos administracji państwowej/rządowej/publicznej doznał kolejnego osłabienia. Przy okazji wyszło nieuctwo wielu osób zaangażowanych w konflikt, nie rozróżniających „R-ki” od urzędników i pracowników służby cywilnej, a nagród od premii. Jako szef służby cywilnej, spowodowałem swego czasu opracowanie przewodnika po administracji dla parlamentarzystów, ale czy to pomogło?

Żartobliwy wniosek z tej sprawy może być następujący. Optymalnym kandydatem/kandydatką do objęcia stanowiska ministerialnego powinien być: 1. Warszawiak, bo odpadnie problem z zakwaterowaniem i dojazdami do domu, 2. Osoba dysponująca minimum 300 tysiącami złotych na dostępnym koncie, aby wyrównać braki finansowe w ciągu 4 lat (optymistycznie) pełnienia misji, czyli cenzus majątkowy.

Poważnie myśląc, wynagrodzeń „R-ki” nie można pozostawić bez rewaloryzacji. Chyba, że chcemy mieć jako ministrów beneficjentów pierwszej pracy po studiach lub osobników, których interesuje tylko ten przelotny status do zamieszczenia we własnym CV. Apele o Służbę Państwu, bez oglądania się na imponderabilia, dobre są w sytuacji wojennej, a nie codziennego zarządzania państwem.

Polski atom czyli gonić króliczka

Niedawno Najwyższa Izba Kontroli zaprezentowała bardzo krytyczny raport o polskiej energetyce jądrowej, a właściwie o przygotowaniach do budowy drugiej (po nigdy nie ukończonym Żarnowcu)  elektrowni atomowej. W jednym aspekcie, to jest badaniach opinii publicznej, NIK wyraziła się pozytywnie o działaniach rządu PO i PIS oraz spółki Skarbu Państwa – PGE EJ1. Łącznie wydano ok. 900 milionów złotych na ten odległy cel.

Badania opinii publicznej rodzą wiele wątpliwości. Tak się złożyło, że w 2005 roku postawiłem domek w Lubiatowie (gmina Choczewo, woj. Pomorskie); w pierwszej wersji lokalizacji ok. 5 km od przyszłego reaktora, a w aktualnej – chyba kilkanaście kilometrów. Oczywiście pomyślicie Państwo, że korzystając z bloga „bez retuszu”, chcę upiec własną pieczeń, dyskredytując samą ideę oraz potencjalną lokalizację. To tylko częściowo prawda. Teraz, gdy nie jestem już związany lojalnością wobec rządu, w którym byłem wiceministrem środowiska, mogę rozwinąć temat.

Jako, między innymi inżynier, zajmowałem się niezawodnością i bezpieczeństwem systemów technicznych. Z tej pozycji nie demonizuję zagrożeń technicznych nowoczesnych elektrowni jądrowych. Inna sprawa, że potencjał technologiczny Polski, zdegradowany w latach transformacji, utrudni osiągnięcie wyśrubowanych norm jakości, wymaganych w tego typu inwestycji. O samej technologii jądrowej nawet nie wspomnę. Czyli polegać będziemy głównie na imporcie, chociaż niektórzy nasi optymistyczni specjaliści wierzą w 50 procentowy udział krajowego przemysłu i nauki. Spóźniliśmy się o kilkadziesiąt lat z energetyką jądrową. Róbmy i rozwijajmy to, co potrafimy, jak np. izotopy medyczne, a czystej energii szukajmy w OZE.

Horrendalne koszty planowanej inwestycji nie obejmują chyba budowy podziemnego składowiska zużytego paliwa nuklearnego. Niedawno Prezes Państwowej Agencji Atomistyki wspomniał o potrzebie znalezienia lokalizacji dla takiego składowiska (także zastępującego wypełniający się Różan), co w kraju o dużym dorobku geologicznym i górniczym nie stanowiłoby problemu. Tu, jako były główny geolog kraju, wspomnę, że posiadamy w kraju złoża rud uranu, ale ich wydobycie nie jest finansowo perspektywiczne. Swego czasu zakończyłem projekt  w tym zakresie realizowany przez Państwowy Instytut Geologiczny. Po co niszczyć środowisko eksploatacją górniczą, skoro wzbogacanie musiałoby się odbywać za granicą.

Ale ad rem. W aktualnych dokumentach rządowych skupiono się na dwóch lokalizacjach nadmorskich: nowym Żarnowcu oraz Kopalinie-Lubiatowie. Czyżby chłodzenie wodą morską było efektem preselekcji właściciela technologii (głównego beneficjenta), którego już praktycznie wybraliśmy. Współczuję Czechom, Słowakom, Węgrom i Białorusinom. Jak oni poradzili sobie bez morza? Nawiasem mówiąc, w znanym opracowaniu z początków dyskusji nad energetyką jądrową zaproponowano co najmniej kilkanaście możliwych lokalizacji, poza trzema nad Bałtykiem.

Taktyka wyboru konkretnej lokalizacji przypomina tę, zastosowaną w okresie zimnej wojny w USA podczas lokalizowania zakładów plutonowych w Hanford. Jak pisze Kate Brown w „Plutopii”: „Hanford i White Bluffs () znacznie bardziej obiecujące: biedne rancza, słaba ziemia, niewielka ludność”. U nas to rejon po pegieerach i wojsku, słabo zaludniony przez miejscową ludność, z władzami samorządowymi potrzebującymi finansowego zasilania z zewnątrz. I pojawia się PGE, kusząc mega inwestycją i ukazując wybrańcom świat atomu (Francja, Finlandia). Zapomina się jednak w badaniach opinii publicznej (patrz NIK), iż Lubiatowo i Kopalino to, przede wszystkim teren silnego inwestowania prywatnego, budowy całorocznych domów, ich serwisowania, rekreacji typu aktywnego, inicjatyw społecznych (Fundacja p. Anny Dymnej). Sądzę, że liczba osób, które ulokowały tam swoje pieniądze znacznie przekracza liczbę stałych mieszkańców obu wiosek. Nas jednak nikt nie pytał w ankietach o zdanie! Tu chyba tkwi błąd metodologiczny badań, skupiających się na ośrodku gminnym.

Pomysł na lokalizację obiektu strategicznego niedaleko od Iskanderów z Kaliningradu, w sytuacji atrofii obrony przeciwlotniczej kraju i złomowania marynarki wojennej, to kuszenie losu. Swego czasu zadałem pisemnie to pytanie  Biuru Bezpieczeństwa Narodowego, ale odpowiedź była klasycznie ogólnikowa. W pobliżu proponowanej lokalizacji, co nie jest tajemnicą, znajdują się Siemirowice, jedyna baza ofensywnych rakiet NSM marynarki wojennej. Czy warto koncentrować zagrożenia?

O ochronie środowiska tylko wspomnę, bo temat słusznie poruszają ruchy ekologiczne. Dzięki obszarowi NATURA 2000 (pierwotna lokalizacja pod mylną nazwą Choczewo), potencjalne miejsce budowy przesunięto dalej na zachód. To niczego nie zmienia w planowanym zabetonowaniu praktycznie nie naruszonego przez deweloperów jednego z ostatnich fragmentów polskiego wybrzeża Bałtyku.

W świetle moich, przytoczonych powyżej wątpliwości merytorycznych, zwróciłem się w 2014 roku, jako ówczesny podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska, o wyłączenia mnie z postępowań związanych z lokalizacją elektrowni atomowej. Minister przychylił się do mojej prośby.

Tak się złożyło, że poznałem prywatne opinie zaangażowanych w projekt elektrowni atomowej nad morzem. „Pocieszano” mnie, że spokojnie odejdę z tego świata, nim atomówka ruszy. A kosztowny króliczek wciąż ucieka…

Pismo do MG

Quasi-wiceministrowie, po co?

Pomysł Prezesa RM na redukcję wiceministrów wpisuje się w filozofię aktualnie rządzących upolitycznienia administracji rządowej i likwidacji (poza nazwą) służby cywilnej. Już wyłączenie wyższych stanowisk dyrektorskich ze służby cywilnej zmierzało w kierunku budowy korpusu nominantów politycznych, powoływanych bez konkursów. Postawienie dotychczasowych podsekretarzy stanu-wiceministrów (a co z wiceprezesami urzędów centralnych i wicewojewodami) na czele tej formacji, to konsekwentny, trzeba przyznać, krok w kierunku odchodzenia od „staromodnej” neutralności politycznej. Ten ruch dowodzi także wszechmocy populistycznych mediów.

Podsekretarze stanu dostaną niezłą marchewkę (wzrost wynagrodzeń o kilka tysięcy złotych miesięcznie), kosztem prestiżowej (czy tylko) degradacji i spadku efektywności zarządzania w ministerstwach. Dlaczego ? Nowi sekretarze stanu będą zapewne czynnymi politykami (chodzi przecież docelowo o kumulację wynagrodzenia ministra i profitów parlamentarnych), zaabsorbowanymi pracami sejmowymi i grami politycznymi. Z własnego doświadczenia, jako były wiceminister, wiem, że nowi quasi-wiceministrowie będą często musieli zastępować swoich przełożonych w kwestiach politycznych, mając znacznie słabszą pozycję w hierarchii administracji rządowej. Pamiętam, jakim kamieniem obrazy dla posłów/senatorów było reprezentowanie urzędu w pracach (np. komisji), przez dyrektora, a nie przynajmniej przez wiceministra. Dlatego uważam, iż proponowana zmiana nie przysłuży się dobrej administracji, chociaż obniży rozdętą statystykę R-ki i polepszy relacje wynagrodzeń, o co zawsze zabiegałem, ale w inny sposób.

Pozostaje kwestia zachowania stanowiska Szefa Służby Cywilnej (SSC). Jako były SSC (blisko 5 lat), muszę z przykrością stwierdzić, że w nowych realiach  (brak wyróżniającego wymogu posiadania przez SSC statusu urzędnika mianowanego  oraz zrównanie pozycji z kilkudziesięcioma quasi-wiceministrami w „służbie cywilnej”), instytucja szefa nie ma chyba racji bytu. Prawdopodobnie wystarczyłby tytularny nadzór Premiera i delegowanie pewnych zadań nowo kreowanym byłym wiceministrom.

Mity Ministerialnego Eldorado

Jak przystało na początek roku, media ekscytują się przyznanymi w administracji rządowej nagrodami dla osób zajmujących kierownicze stanowiska w państwie, tak zwanej „R”ki. Kolejna już opozycja chłoszcze biczem krytyki swoich rządzących następców za nieuzasadnioną (?) rozrzutność. A to bzdura, wynikająca z funkcjonującej od 1981 roku (sic!) ustawy o wynagrodzeniach „R”ki wraz z rozporządzeniem (kilkakrotnie zmienianym) Prezydenta RP w sprawie szczególnych zasad wynagradzania ww osób.

Wynagrodzenia prezydenta, premiera, ministrów i ich zastępców, szefów urzędów centralnych oraz wojewodów są zdecydowanie za niskie! Jeżeli pełna emerytura prokuratora w stanie spoczynku może być porównywalna z „pensją” prezydenta i, jeżeli ministrowie (nie mówiąc o podsekretarzach stanu) zarabiają na poziomie obsługujących ich dyrektorów departamentów, to jest to błędem politycznym, wynikającym ze strachu rządzących przed populizmem mediów. Ten kompleks dotyczy wszystkich opcji politycznych RP.

Kilka przykładów z czasów, gdy byłem Szefem Służby Cywilnej i analizowałem te nieprawidłowości do 2012/2013 roku. Przeciętne wynagrodzenie „R” wynosiło wówczas poniżej 12 800 zł, czyli tyle ile dyrektorów. Elita urzędnicza – dyrektorzy generalni zarabiali (wszystkie elementy wynagrodzenia wraz z nagrodami) przeciętnie 20 000zł, ich przełożeni z „R”ki: 10 000 – 15 000zł (2009). W niektórych instytucjach rządowych szczebla centralnego wynagrodzenia kierowników urzędów stanowiły 53 procent dyrektorów generalnych. W 2015 r. przeciętne wynagrodzenia na wyższych stanowiskach w służbie cywilnej wynosiło 13 100zł. Dziś tych stanowisk już nie ma, ale można założyć, że kwoty te są nadal zbliżone (dla dyrektorów generalnych niższe, bo bez dodatków służby cywilnej). Zostały inaczej „zaszufladkowane”, w związku z częściową likwidacją służby w 2015 r., o inflacji nie wspominając.

Niech, jako przykład, posłużą moje losy. Gdy przeszedłem ze stanowiska dyrektora generalnego GUS na stanowisko Szefa Służby Cywilnej („R”) w 2009 r., moje wynagrodzenie spadło o ok. 20 procent. Jeszcze gorzej było, gdy zostałem podsekretarzem stanu – Głównym Geologiem Kraju w 2013 roku – dalsza redukcja wynagrodzenia o 3000zł miesięcznie (inne składniki mnożników). Nawiasem mówiąc, zarobki wiceministrów to największe dziadostwo w rządzie. Na rękę, po zapłaceniu czynszu za lokal służbowy (nikt nie zwraca za zakwaterowanie ministrom) i kosztów wyjazdów do domu (nikt nie zwraca za odwiedziny rodziny w miejscu stałego zamieszkania, chyba, że jest się premierem lub dysponuje samolotem wojskowym – dobrze być więc Warszawiakiem), pozostawało mi niecałe 6000zł. Za kilkunastogodzinna pracę w stresie w obcym środowisku, gdzie nawet dostęp do służby zdrowia był utrudniony (likwidacja przychodni w KPRM), a rodzinę poza stolicą trzeba było wesprzeć.

Nadmieniam, że nie chcę biadolić, bo wiedziałem co mnie czeka w „rządówce”. Jak się chciało być państwowcem, to trzeba było ponieść tego skutki. Dzięki Bogu, dzisiaj na emeryturze, po 41 latach pracy w sektorze publicznym (w tym 25 lat w administracji rządowej), pobieram z ZUSu  niewiele mniej netto, niż jako wiceminister.

Wracając do nieszczęsnych nagród dla ministrów przypomnę tylko, że KPRM dysponowała zawsze pulą nagród dla „R”ki. Wykorzystywano je następująco: np. 2001 – 2,245 miliona zł, 2007 –  1,963 miliona zł, 2008 – 243 tysiące zł, 2010 – 15 tysięcy zł (absolutne dno), 2012 – 377 tysięcy zł (ostatnie znane mi dane). Sam nigdy nie dostałem nagrody, więc gratuluję mojemu następcy, że ten trend wreszcie się odwrócił. Według mojej wiedzy, poza kilkoma wyjątkami, nikt z „R”ki nie został nagrodzony w ciągu mojego blisko 7 letniego urzędowania w kręgu władzy (2009/2015), co spotykało się z cynicznymi komentarzami zainteresowanych.

W czasach, gdy byłem Szefem Służby Cywilnej przygotowałem w 2011  z własnej inicjatywy raport dla Kancelarii Prezydenta, Premiera, Sejmu i Senatu oraz dla NIK sugerujący wzrost wynagrodzeń „R”ki do średniego poziomu dyrektorów generalnych, poprzez zmianę mnożników w przytoczonym rozporządzeniu. Proponowałem wzrost o 5000zł miesięcznie. Niestety, z tego co wiem, nie zgodziła się na to Kancelaria PRM, przy przychylności pozostałych adresatów.

W świetle tego, co napisałem, uważam dzisiejszą akcję PiS obdarowywania ministrów, etc nagrodami w wysokości 50 000- 70 000zł za uzasadnioną i racjonalną. Rozumiem też przyczynę zastosowania niezręcznego trybu nagrodowego. Łatwiej go zastosować jednym ruchem, niż walczyć o zmianę komunistycznej ustawy i stosownego rozporządzenia. Zaraz odezwaliby się też parlamentarzyści, których byt doczesny jest bardziej komfortowy. Inna sprawa, że w stosunku do omawianych nagród  można się było bardziej pochylić nad zasługami oraz ich uzasadnieniem.