Blog

Aneks do medalobrania

Wczoraj odbyła się Wielka (jak to nazywają rządowe media) Defilada z okazji Święta Wojska Polskiego w 100. Lecie Niepodległości. Moje uwagi z poprzedniego bloga p.t. „Czas medalobrania cz.II” sprawdziły się.

Część lądowa imprezy nie wywołała niespodzianek. To powtórka z lat ubiegłych, tyle, że liczniejsza i z czołgiem Abrams i z Patriotem z USA. Stąd chyba kwaśna mina szefa MON na trybunie honorowej, z jedyną nowością -pojedynczym zestawem przeciwlotniczym Poprad w tle trybuny. Nad tak zwanym rzutem pieszym – współczesnym i historycznym nie będę się rozwodzić. Wypadł sprawnie i okazale, a podziwiać należy grupy rekonstrukcyjne, które angażują się z patriotyczno-hobbistycznej motywacji i za własne pieniądze.

Dowodem regresu był ewidentnie pokaz lotniczy. Antyczne śmigłowce Mi 2 wywołały wśród znawców obawy o bezpieczeństwo publiczności i ich załóg. Samoloty dla VIPów, których przez lata nie było (to skandal poprzednich rządów), a teraz mnożą się nadmiernie, są źródłem mieszanych odczuć. Ale ciosem jest, miejmy nadzieję, że chwilowe, zawieszenie lotów ok. 30 myśliwców MIG 29 po ich niedawnych dwóch katastrofach. Do obrony polskiego nieba pozostaje 48 myśliwców F 16 Jastrząb, bo o przestarzałych 16 szturmowcach Su 22 nie wspominam. Mała Belgia (z przyjaznym otoczeniem) ma więcej myśliwców od „frontowej” Polski, nie mówiąc o Grecji (ok. 200 sztuk). To skutki zaniedbań wszystkich rządów po 1989 roku. Może z wyjątkiem rządu lewicowego, za czasów którego uruchomiono ten jedyny, mizerny zresztą kontrakt na samoloty myśliwskie. Szacuje się, że nasz wschodni sąsiad mógłby tylko na nas rzucić około dziesięć razy więcej maszyn niż posiadamy obecnie.

Przy okazji proponuję chwilę wspomnień. Za PRL lotnictwo używało w okresie 20 lat blisko 600 samolotów myśliwskich MIG 21, a fabryka w Mielcu wyprodukowała chyba z 1300 licencyjnych odrzutowców LIM starszego typu. Nadmieniam, że nigdy nie byłem apologetą komunistycznej Polski, ale proporcje warto znać, chociaż dotyczą czasów zimnej wojny.

W świetle powyższych faktów, trudno się dziwić, że ostatnio osunęliśmy się w międzynarodowym ranking siły naszej armii o 1 (lub 2) pozycję i jesteśmy gdzieś na dwudziestym miejscu.

Wisienką na torcie, kończącą pokaz lotniczy, był przelot czterech najnowocześniejszych  myśliwców USA, maszyn przewagi powietrznej typu F 22 Raptor. Rozgadani komentatorzy TVP nawet ich nie zauważyli (czyżby sławna niewidzialność Raptorów, czy też niekompetencja mediów ). Zresztą chaotyczna praca kamer i brak synchronizacji z komentarzem, były dla widza telewizyjnego dużym mankamentem. Dobrze natomiast bawili się widzowie.

Czas na wniosek końcowy. Róbmy defilady rzadziej, bo żołnierz musi się szkolić i na to przeznaczajmy między innymi środki MON, a przy okazji nie epatujmy ciągle tym samym starzejącym się sprzętem.

Jednak tegoroczną Defiladę 100. Lecia Niepodległości trzeba było zorganizować. A Prezydent RP w swoim okolicznościowym przemówieniu słusznie odwoływał się do opieki boskiej.

Reklamy

Czas medalobrania – refleksje nad celebrą (II)

W kwietniu napisałem pierwszą część „Medalobrania”. Teraz zbliża się Święto Wojska Polskiego (15 sierpnia, czyli rocznica zwycięskiej Bitwy Warszawskiej z bolszewikami) – dobry pretekst do kolejnej chwili wspomnień z życia administracji publicznej.

Jako militarysta-hobbista starałem się „zaliczać” różne imprezy związane z wojskowością, a szczególnie centralne uroczystości sierpniowe w Warszawie.  Za rządów PO było ich stosunkowo niewiele i odczuwałem, że emocjonowanie się tego typu eventami jest passe’ (jakoś tak mi się ułożyły wtrącenia obcojęzyczne). Z chęcią więc zastępowałem kolegów z „R-ki” i wyraźnie awansowałem. Najpierw tłoczyłem się z ludem Warszawy wzdłuż Alei Ujazdowskich, potem tkwiłem wśród różnorodnych mundurów zaprzyjaźnionych (bardziej i mniej) formacji zagranicznych na bocznej trybunie, aby wreszcie dwukrotnie dostąpić  zaszczytu oglądania defilady z głównej trybuny, zza pleców byłego i obecnego Prezydenta RP. Było to dla mnie ważne wydarzenie patriotyczne. Były i stresy, gdy w 2014 roku przejeżdżały armato-haubice Krab na niepewnych polskich podwoziach. Bałem się kompromitacji, gdyby któraś maszyna „rozkraczyła się” przed VIPami i kamerami, co szczęśliwie jednak nie nastąpiło. W części historycznej przemieszczał się najstarszy pojazd – czołg FT  17 z czasów wojny z bolszewikami, pozyskany przez naszych żołnierzy z … Afganistanu. Oglądałem go wcześniej podczas renowacji w Bumarze Gliwice i z trudem zmieściłem się w jego ręcznie obracanej wieżyczce.

Na trybunie honorowej, jak na wszystkich tego typu uroczystościach w kraju i za granicą, trwała cicha rywalizacja kto i gdzie stoi (oczywiście w ramach precedencji, czyli porządku pierwszeństwa). Ja kontentowałem się tylnym szeregiem, gdzie nie znali mnie (z wzajemnością) ani generałowie ani purpuraci. No, może niektórzy ministrowie stojący jednak z przodu. Potem odbywało się przyjęcie w ogrodach (i częściowo we wnętrzu) Belwederu.  Za p. Prezydenta B. Komorowskiego brałem w nim udział. Szczególnie zapamiętałem wysoki stojak na wojskowe okrycia głowy w formie choinki usytuowany za bramką służb ochrony, gdzie oficerowie pozostawiali swoje rogatywki (oczywiście liczne z wężykiem), kepi, maciejówki, furażerki, rondle i inne niezidentyfikowane ozdoby  wojskowych. Wyglądało to malowniczo; szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia. Impreza odbywała się na stojąco, serwowano  między innymi wino i piwo. Cywile byli w mniejszości, co naturalne.

Inaczej potoczyła się defilada przyjmowana rok później przez p. Prezydenta A. Dudę.  Na trybunę honorową miałem wstęp, bo weryfikację zaproszeń prowadził jeszcze BOR. Ale spod bramki do Belwederu przegoniono mnie i wielu innych, gdyż przyjęto już wówczas inne kryteria dostępu do Osoby Nr 1 w Państwie. Poczułem, że czasy się zmieniają i poszedłem prywatnie na piwo.

Równolegle na Agrykoli odbywał się (i chyba się odbywa) piknik militarny z prezentacją aktualnego sprzętu WP i grup rekonstrukcyjnych. Wysoka frekwencja i militarny entuzjazm całych rodzin mówią same za siebie. Dobrze, że obecnie ten potencjał narodowy nie jest marnowany.

O odznaczeniach w związku ze zbliżającym się świętem nie wspomnę, bo ostatnio nie mieliśmy chyba żadnej wojny, a krajowe potyczki nie kwalifikują się do medalobrania .

Smuci mnie fakt, iż na nadchodzącej defiladzie nie będzie nowości, a to zwykle jest gwoździem programu. Może MON wprowadzi Poprady (somobieżny system  przeciw-lotniczy bliskiego zasięgu) i Daglezje (saperski most towarzyszący), bo działka 23 mm na podwoziach ciężarówki Star pasują raczej do grup rekonstrukcyjnych i rebeliantów na Bliskim Wschodzie. Natomiast, tak zwany rzut historyczny zapowiada się imponująco, w związku z rocznicą 100.lecia odzyskania niepodległości. Mam jednak nadzieję, że husarskie kopie i lance kawalerii nie przysłonią pytania o kondycję naszej armii i jej wciąż obiecywanej modernizacji technicznej.

Część trzecią „Medalobrania” planuję przed 11 listopada.

Reparacje, rewindykacje ?

To wdzięczny temat krajowy i dobra trampolina polityczna dla inicjatorów.

Będąc mieszkańcem tak zwanych Ziem Odzyskanych (Gliwice na Śląsku i Lubiatowo na Pomorzu), bywam szczególnie czuły na wypowiedzi kwestionujące status quo, nawet wypowiedziane przez bosonogiego celebrytę (potem ponoć się wycofał). Wspomnieć tutaj także należy premiera rządu na uchodźctwie Tomasza Arciszewskiego, który w 1944 roku nie chciał Wrocławia i Szczecina. Rozumiem, że wyciąganie dzisiaj kwestii reparacji wojennych od Niemiec, to praca naukowo-badawcza, bez żadnych praktycznych skutków; ani pozytywnych (perspektywa pozyskania odszkodowań), ani negatywnych (zakwestionowanie przez pozwanych polskich zdobyczy terytorialnych po II wojnie światowej). Przy okazji warto jednak pamiętać, że Niemcy wycofując się z ich ziem utraconych wywieźli przede wszystkim księgi wieczyste, które do dzisiaj przechowują. Było to ważniejsze od jakiś tam „złotych pociągów”. GUS wie więcej. My mamy tylko „Berlinkę” (część Biblioteki Pruskiej w naszych obecnie zbiorach muzealnych).

Dlatego praktycznie sugeruję inny niż duże, silne Niemcy cel, a także zakres skromniejszy z założenia. To Szwecja, kraj w naszych czasach znany ze swojej wielostronnej wrażliwości (np. uchodźcy). Jak powszechnie jednak wiadomo, podczas Potopu i wojen północnych (XVII wiek i później), wojska szwedzkie straszliwie spustoszyły Polskę, dokonując równocześnie planowanego rabunku, wywożąc wiele cennych obiektów za Bałtyk. Dziś biblioteka w Uppsali czy sztokholmskie muzea (szczególnie armii) szczycą się posiadaniem unikatowych prac Kopernika, licznych polskich militariów i innych cennych pamiątek narodowych. Jedynie tak zwaną rolkę sztokholmską (cenny historyczny polski obraz na zwijanym płótnie),  premier Szwecji O. Palme zwrócił pierwszemu sekretarzowi E. Gierkowi do polskiego muzeum. Można wrócić do sprawy rewindykacji z kierunku północnego naszych poloników, a przynajmniej nie chować głowy w piasek.

Może czas pójść w ślady Greków i kilku byłych krajów kolonialnych, upominających się o zwrot swoich skarbów sztuki zrabowanych przez zachodnich Europejczyków.

O rosyjskim kierunku zabiegów nie wspominam, bo to teraz (i wcześniej) daremne. Oddali nam Szczerbiec i arrasy po Traktacie Ryskim (1922), a to chyba wszystko. Reszta zalega prawdopodobnie w piwnicach muzealnych.

Pozostaje hołubiona przez Polskę Ukraina. Próby odzyskania przynajmniej części przebogatych zasobów muzeów Lwowa, spaliły oficjalnie na panewce w 1996 roku. Zamiast rewindykacji (lub wymiany) pozostaje udostępnianie w Polsce naszych zbiorów przechowywanych na Ukrainie w ramach współpracy muzealnej (a przy okazji ich renowacja za nasze środki). Dobre i to.

Tematu mienia pożydowskiego nie ruszam, bo to mission impossible.

Wyławianie utraconych rodzynków kolekcjonerskich przez polskie wyspecjalizowane służby państwowe w Europie Zachodniej i USA jest też zagadnieniem z innej półki. Świetnie, że to robią.

NIKu bądź rzetelniejszy !

Jak przystało na urzędnika centralnej administracji rządowej przez ćwierć wieku, miałem regularne kontakty z Najwyższą Izbą Kontroli, szczególnie, gdy byłem dyrektorem generalnym. Muszę z satysfakcją stwierdzić, że pomimo różnych zastrzeżeń z kontroli (procedury do poprawy, niedociągnięcia), Izba nigdy nie wyciągnęła cięższych dział wobec nadzorowanej przeze mnie działalności administracyjnej. Ale do czasu.

Od ubiegłego roku ruszył serial krytycznych raportów NIK. Pierwszy z 2017 roku dotyczył „Udzielania koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie złóż miedzi i węglowodorów, w tym gazu łupkowego”. Pomimo błędów, postanowiłem milczeć, może z wygodnictwa, a może z respektu wobec NIKu. To się jednak skończyło, gdy Izba opublikowała i nagłośniła ostatnio Raport „Gospodarka złożami surowców kopalnych”. Muszę się do niego ustosunkować, gdyż liczba wątpliwości co do jego rzetelności przekroczyła poziom krytyczny, nawet rozumiejąc trudną sytuację polityczną NIK w dobie „dobrej zmiany”.

Po kolei, ale tylko najistotniejsze kwestie, bo poczuwam się jedynie do odpowiedzialności za moje dwa lata pracy w Ministerstwie Środowiska.

Zaskoczenie budzi główna teza Raportu, iż „niski poziom zagospodarowania złóż” (cokolwiek to znaczy dla Nikowców), to wynik wieloletnich błędów. Stąd też biorą się alarmistyczne tytuły medialne, jak np. „Polska zaniedbała surowce strategiczne”. Takie stanowisko, z jednej strony świadczy o krótkowzroczności autorów , z drugiej, o niedostatkach wiedzy o obszarze surowcowym. Nie będę rozwodzić się w tym miejscu, ale oczywiste jest dla racjonalnie myślących, że nie można dążyć do zagospodarowania 100 procent wszystkich złóż (wobec stanu 37 procent). Złoża kopalin, to bogactwo tak zwanego kapitału naturalnego kraju. Należy zachować COŚ dla przyszłych pokoleń, poprzez ochronę dostępu do ważnych (strategicznych) surowców. Poza tym górnictwo jest biznesem i eksploatacja  złoża musi być opłacalna dla przedsiębiorcy w określonych realiach rynkowych (w tym ekologicznych i technologicznych).

Mówiąc o polityce surowcowej musze się generalnie zgodzić ze stwierdzeniem, że jej nie ma i nie będzie w ciągu najbliższych lat, jako dokumentu prawnie wiążącego ministerstwa, samorządy itd. To o czym teraz dyskutujemy, czyli o „Polityce surowcowej państwa” PIS, sami autorzy uznają za projekt. Nie wnosi on konkretnych pomysłów rozwiązań, poza dziwna hybrydą Polskiej Agencji Geologicznej, która ma być panaceum na wszystkie dawne, obecne i przyszłe bolączki Polski surowcowej. Piszę o tym w innych blogach i na portalach górniczych, ostrzegając przed prywatyzacją informacji geologicznej i możliwym przejęciem polityki surowcowej przez niekontrolowane struktury biznesowe. Tu podobne zdanie mają takie różnorodne instytucje, jak: sekretariaty NSZZ Solidarność, Polska Akademia Nauk, Państwowy Instytut Geologiczny (przed jego pacyfikacją) oraz samorządy. Zresztą dokumentem o dużo większej wartości merytorycznej jest opracowanie z 2015 roku „Polityka surowcowa Polski. Rzecz o tym czego nie ma a jest bardzo potrzebne”, pod kier. Prof. J. Hausnera. Pamiętajmy też (piszę o tym dalej w „Białej księdze…”), że zagraniczne polityki surowcowe są opracowaniami kierunkowymi, a nie zbiorem umocowanych prawnie działań, poza konkretem austriackim, czyli systemem zabezpieczanie wytypowanych złóż surowców w partnerskim dialogu na poziomie landów. Ja, jako Główny Geolog Kraju (GGK), zdecydowałem się zająć  właśnie konkretami, czyli ochroną złóż, pozostawiając świadomie innym polityczno-naukowe wizje strategii surowcowej.  Ci inni nawet nie zaprosili wielu zainteresowanych i biegłych w tematyce na tak zwane konsultacje projektu polityki surowcowej.

Autorzy Raportu NIK nie raczyli merytorycznie uwzględnić powstania z mojej inicjatywy pod koniec 2015 roku „Białej księgo ochrony złóż kopalin”.  Zasugerowali się (?) stanowiskiem mojego następcy – obecnego GGK dezawuowania rezultatów tego opracowania, o czym sami piszą z rozbrajającą szczerością na str. 20 (ważniejsze wyniki kontroli). To rozpowszechnione publicznie opracowanie (i dostępne w Internecie), autorstwa ekspertów z PAN, PIG oraz Ministerstwa Środowiska jest „wymazywane” z przyczyn politycznych. A do tego dokumentu ważny wkład wniósł znawca prawa (w tym Prawa geologicznego i górniczego) prof. R. Mikosz, który sporządził w 2015 roku „Systemowe rozwiązania dotyczące prawnej ochrony złóż kopalin. Opis i ocena obowiązującego stanu prawnego oraz propozycje jego zmian”. W Raporcie NIK znajduje się akapit: „Biała księga nie spełniła wymogu prawnej ochrony tych złóż”. Brednia. Jak mogła spełnić, skoro konkretne propozycje zostały poddane dopiero konsultacji, którą przerwano po zmianie władzy. W „Białej księdze” zawarto listę 95 złóż strategicznych węgla kamiennego i brunatnego, ropy i gazu, rud metali i soli, które powinny być chronione, wraz z metodologią ich rangowania w dokumencie „Opracowanie zasad waloryzacji i selekcji złóż wskazanych rodzajów kopalin dla ich ochrony” pod kier. Dr hab. B. Radwanek-Bąk. Nieprawdziwa jest więc teza Raportu NIK, że nie opracowano wykazu kopalin o znaczeniu strategicznym. Ponadto opublikowałem w mediach załącznik zawierający listę rankingową omawianych złóż. Powyższe dokumenty powinny znajdować się w Ministerstwie Środowiska, a co więcej, o „Białej księdze” wspomina Minister Energii K. Tchórzewski w swojej odpowiedzi do NIK (załącznik nr 6.8 Raportu). „Białą księgę” wymieniłem też w swoim raporcie zamknięcia, podsumowującym działania w latach koniec 2013/koniec 2015, który złożyłem na ręce ówczesnego min. J. Szyszki. Czyżby przez ministerstwo przeszła trąba powietrzna, wobec której inspektorzy NIK okazali się bezradni?

Jednym zdaniem wspomnę tylko o Geoinfonecie. Pomysł PIG zaakceptowałem jako GGK, prace ruszyły, ale z tego co wiem, zostały obecnie wstrzymane przez mojego następcę. Obym się mylił.

Można byłoby zamieścić jeszcze kolejne uwagi krytyczne, ale kończę, dedykując je Panu Prezesowi Najwyższej Izby Kontroli z nadzieją na refleksje nad standardami pracy kierowanej przez Niego instytucji.

Lipcowa ambiwalencja bitewna

Ambiwalencja: tutaj w znaczeniu kontrast, różnica.

Lipiec to miesiąc, kiedy można wykorzystać to pojęcie. 13 lipca 1666 r. doszło do tragicznej bitwy pod Mątwami (niedaleko Inowrocławia, nad Notecią), a 15 lipca 1410 roku, jak prawie wszyscy wiemy, do naszego zwycięstwa pod Grunwaldem.

Zacznę od wspomnień 600. rocznicy bitwy grunwaldzkiej, której rekonstrukcję obserwowałem z namiotu VIPa. Wcześniej zanocowaliśmy w rządowym ośrodku w Łańsku. Byłem tam po raz pierwszy. Domki nad jeziorem i centralny budynek w pruskim stylu, niczego sobie, ale bez złotych klamek. Po prostu bardzo przyzwoicie, dużo miejsca i ładna sceneria leśna. Porównania z wypasionymi spa dla dzisiejszych nuworyszów chyba nie ma, wnosząc ze zdjęć i filmów.

Na inscenizacji bitwy były tłumy (ponoć ok. 150 tysięcy). Przyjechaliśmy prywatnym samochodem, ale przepustka zrobiła swoje i dotarliśmy z żoną do owego dużego namiotu, z którego był najlepszy widok toczących się bojów. Gdy nasi (pod Grunwaldem była to Europa Wschodnia) przegrywali na początku, aby definitywnie zwyciężyć (chociaż w ogólnym tumulcie mało kto to zauważył z obserwatorów), w namiocie, w wielkim upale kwitło życie towarzyskie ponad podziałami. 2010, to były chyba jeszcze inne czasy i elity nie kisiły się we własnym gronie. Kłopoty pojawiły się przy powrocie, kiedy powstał korek z tysięcy samochodów i zabrakło napojów chłodzących. Jednak organizatorzy zrobili wcześniej przecinkę ewakuacyjną, wycinając zboże na szerokość pojazdu, którą ruszyliśmy w potężnym pyle do drogi asfaltowej. Jazda po omacku i w kolumnie samochodami osobowymi na przełaj, była efektowna i bez stłuczek.

Tak zakończyła się rekonstrukcja pierwszej bitwy pod Tannenbergiem, jak mawiają Niemcy, próbując pokryć klęskę Zakonu Krzyżackiego i jego sojuszników pod Grunwaldem, zwycięstwem także w pobliżu nad Rosjanami w 1914 roku, w tak zwanej drugiej bitwie. Złośliwi twierdzą, że Grunwald był jedyną wygraną bitwą Paktu Warszawskiego (wojska polskie, litewskie, smoleńskie, czeskie i Tatarzy) nad Zachodem.

Całkiem odmienny i złowrogi przebieg miała inna bitwa lipcowa z XVII wieku pod Mątwami pomiędzy wojskami króla Jana Kazimierza a rokoszanami marszałka Jerzego Lubomirskiego. Nie mnie wchodzić w szczegóły historyczne, ale zakończyła się klęską silniejszych wojsk królewskich. Późniejszy król Jan III Sobieski, wówczas hetman polny, wycofując się z przegranej bitwy stracił nawet szablę.  Pokłosie było dla legalnych – królewskich wojsk porażające. Współbracia  buntownicy/rokoszanie zabili grubo ponad 3000 żołnierzy królewskich, w tym najbardziej doświadczonych z wojen szwedzkich. Ich zaś poległo ponad dziesięć razy mniej. Wkrótce umarł Lubomirski, a król abdykował. Nikomu to się nie przysłużyło, chyba sąsiadom I Rzeczypospolitej.

Śladem po tej rzezi jest tablica „Ku pamięci i przestrodze”, upamiętniająca 350.  rocznicę tego bratobójczego starcia. Trzeba ten zapis przyjąć za zawsze aktualne memento.

Na dnie z honorem lec …

Słowa przedwojennej pieśni „Morze nasze morze” są, jak najbardziej, adekwatne do opisu sytuacji Polskiej Marynarki Wojennej, a może szerzej całego kompleksu (?) militarno przemysłowego naszego kraju. Pracowały na to od 1989 r. prawie wszystkie rządy, wspierane przez dyspozycyjnych generałów i admirałów (poza jednym).

Skąd moje uwagi na ten temat? Zawsze byłem militarystą-hobbystą, chociaż tylko przez jeden rok na studiach technicznych kanonierem armaty przeciwlotniczej S 60 (do dzisiaj służą one do obrony baz morskich , chociaż od tamtych lat minęło już pół wieku!).

Na stanowiskach ministerialnych zwykle zajmowałem się w zastępstwie sprawami obronnymi, bo kogo to interesowało. Miałem dostęp do informacji tajnej, więc uczestniczyłem w niektórych niejawnych posiedzeniach Komitetu Rady Ministrów oraz zapoznawałem się z obiegową informacją w tym zakresie. Ukończyłem trzy wyższe kursy obronne w Akademii Obrony Narodowej, a niejako przy okazji zwiedziłem kilka baz lotniczych, morskich i lądowych. Poza tym prasa specjalistyczna i Internet (niekoniecznie MON, bo tam zwykle znajdowałem teksty „ku pokrzepieniu serc”). O kontaktach z Biurem Bezpieczeństwa Narodowego też należy wspomnieć. Za czasów pokój miłującej PO mieliśmy (jako dyrektorzy generalni służby cywilnej) okazję postrzelać na poligonie (dyplom) i symulatorze oraz odbyć rejs w ramach szkolenia obronnego ministerstwa na ORP Wodnik. Jak z tym jest dzisiaj – nie wiem, poza uroczystościami ku czci…

„Detonatorem” tego bloga była niedawna uroczystość Święta Marynarki Wojennej w Gdyni. Nad moją głową, gdy byłem u siebie nad morzem, przeleciały na paradę 2 (dwa) śmigłowce Mi 14pł, dlatego zdecydowałem się odwiedzić gościa – chińską fregatę rakietową, co dokumentuję zdjęciem. Warto było odczuć ten powiew nowoczesności, podobnie, jak wcześniej zobaczyć amerykańskie Ospreye w locie na manewry na Litwie. I pomyśleć, że dwaj moi kuzyni służyli (3 lata !) za PRLu w MW na okręcie podwodnym i patrolowcu. To była ta nieodwzajemniona miłość ludzi ze  Śląska do morza. Tu warto przypomnieć fragment sztuki Flisacy:  „Po co Polakowi morze, kiedy sieje i orze”. Losy Polski morskiej (poza portami) raczej  w tym odczuciu utwierdzają.

Tematem wywołującym liczne kontrowersje jest polska zbrojeniówka. Dla jednych potencjalny motor innowacji, dla drugich worek bez dna środków publicznych. Klapa takich projektów, jak Iryda (samolot szkolno-bojowy), Loara ( samobieżny zestaw przeciwlotniczy) czy Gawron (korweta/patrolowiec), które pochłonęły miliardy nie rokują dobrze na przyszłość. Mnogość wdzięcznie nazywanych przez MON programów (swoją drogą, kto te nazwy wymyśla), które zostają tylko w medialnej historii i biurokratycznej dokumentacji (bo przecież działamy), nie wróży najlepiej. Faza analityczna tych programów jest ulubionym zajęciem specjalistów od zbrojeń. Zadałem kiedyś, jako wiceminister, na piśmie pytanie MONowi o efektywność tych prac, nie uzyskując odpowiedzi, co nie dziwi. Kłopoty z wyprodukowaniem gąsienicowego podwozia dla armato haubicy Krab przez gliwicki Bumar oraz zastąpienie tego niezbyt skomplikowanego w XXI wieku wyrobu przez produkt koreański, to niestety swoisty symbol. Nieźle udają się nam radary, prywatnie produkowane drony i sprzęt łączności oraz optoelektronika. Reszta to chyba piar naszych państwowych producentów licencyjnych klonów i „składaków”. Pomyśleć, że taka Serbia ma niezłe propozycje artyleryjskie (podobnie Białoruś), nie mówiąc o Ukrainie, czy np. Peru (własny satelita zwiadowczy europejskiej proweniencji).

Trzeźwa ocena możliwości Polskiej Grupy Zbrojeniowej jest koniecznością, co dedykuję prezesowi Pegaza – mojemu koledze z czasów służby cywilnej. Przestańmy mówić o własnych zaawansowanych rakietach i okrętach podwodnych, kiedy od lat nie potrafimy zintegrować wieży armatki Rosomaka z pociskami przeciwpancernymi, czy wyremontować podwodnego Orła, nie wytwarzamy silników dla sprzętu pancernego, ani dobrej amunicji artyleryjskiej.  A całości dopełnia pogarszająca się sytuacja biznesowa zbrojeniówki państwowej. Potrzeba sanacji, ale tej dwudziesto pierwszo wiecznej (czy tak to się pisze ?).

Na koniec kilka wyjaśnień. Może dla ogółu czytelników przesadziłem ze szczegółami militarnymi, a dla znawców są to sprawy oczywiste, bo dostępne publicznie bez gryfów tajności. Jednak uważam, że w sprawach obronnych głos powinni zabierać nie tylko krytyczni w stanie spoczynku generałowie. Tekst ten pojawia się z obywatelskiej troski o losy kraju w zmieniających się okolicznościach geopolitycznych, a nie z czarnowidztwa i typowego polskiego malkontenctwa.

Naszym zawodowym obrońcom i politykom życzę – więcej konkretów, mniej pozoracji i wymachiwania szabelką wzór 76/90.

Życzenia na konferencję KSAP

Szanowny Pan Wojciech Federczyk

Dyrektor Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, Warszawa

Wyczytałem w Internecie, że 29 czerwca br odbędzie się w KSAP konferencja „Polska Służba Cywilna po 1989 roku”. Z załączonego programu wynika, iż prelegentami będą, z małymi wyjątkami, pracownicy naukowi, a nie praktycy administracji publicznej. Rzuca się w oczy nieobecność byłych szefów służby cywilnej. Czyżby to efekt „dobrej zmiany” i dekompozycji korpusu służby cywilnej w kierunku jej upolitycznienia?

Mam jednak nadzieję, że wartości składające się na wypracowywany w minionych latach etos służby cywilnej nie zostaną zapomniane, czego szczerze życzę Panu Dyrektorowi, uczestnikom konferencji oraz szczególnie wyższym funkcjonariuszom administracji rządowej, ongiś w służbie cywilnej.

Z poważaniem,

Sławomir Marek Brodziński, były Szef Służby Cywilnej