Blog

Nie dajmy się zwariować

Na Facebooku krąży apel Greenpeace Polska, aby oprotestować plany budowy nowej kopalni węgla kamiennego na Lubelszczyźnie. Chodzi o australijski (a może docelowo krajowy) projekt kopalni Jan Karski. Podobnie, jak niedawno w sprawie odstrzału dzików, szereg szlachetnych osób daje się nabrać na taką eko-wrzawę. Gdy Rosjanie i Niemcy rozkopują dno Bałtyku pod swój gazociąg, jakoś żadna organizacja ekologiczna nie zwróciła się kanałami społecznymi o wsparcie takiego protestu.

Moje negatywne stanowisko odnośnie do torpedowania tej potrzebnej inwestycji, wyrażone na FB, spotkało się z różnymi komentarzami. Dlatego niniejszym wyjaśniam, że publikowane poniżej dane zostały opracowane w 2015 roku w Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Warszawie, na moją prośbę – wówczas wiceministra Środowiska, Głównego Geologa Kraju. Zostały udostępnione zainteresowanym posłom oraz cytowałem je w moich wystąpieniach broniących górnictwa w starciu ze zwolennikami totalnego zzielenienia kraju. Zresztą porównanie: 40 procent terytorium Polski pod różnoraką ochroną środowiska naturalnego (parki narodowe, rezerwaty, Natura 2000, parki krajobrazowe – zaznaczone na zielono)

a z drugiej strony 0,35 procent terenów zajętych pod działalność wydobywczą, mówi samo za siebie. Ciekawe dane porównawcze państw unijnych zawiera prezentowana tabela.

Więc nie dajmy się zwariować i zostać europejską ostoją żubrów, bobrów, wilków i różnych ptaków błotnych. „Znaj proporcjum mocium panie”, że zacytuję fragment „Zemsty”. Te 40 procent chronionego w różny sposób obszaru kraju zupełnie wystarczy, o ile jest realizowane konsekwentnie i mądrze.

Reklamy

Epizody zagraniczne (II)

Ten drugi odcinek „Epizodów” zamyka moją tematykę zagraniczną. Od przejścia na emeryturę, co wiąże się z ograniczeniem możliwości finansowych, widziałem tylko z naszego Beskidu kawałek czeskiej (zaolziańskiej) i słowackiej części tych gór. O wyspie Bornholm, nie wspomnę, bo oddaliśmy ostatnio Duńczykom kawał okalającego ją Bałtyku „za bezdurno” – tłumaczyć chyba nie trzeba. A mieliśmy zdobywać Bornholm za czasów Paktu Warszawskiego. Chichot historii.

Tyle tej mojej dzisiejszej zagranicy, ale może warto będzie poszaleć za te extra 888,25 PLN trzynastej emerytury. Swoje wrażenia międzynarodowe szczęśliwie wchłonąłem wcześniej, a masowa turystyka tanimi liniami lotniczymi i kłębienie się pośród dzisiejszej anglojęzycznej wieży Babel (paradoksalne), nie oddaje smaków dawnej eksploracji.

Poniżej, moje refleksje w porządku alfabetycznym (bo ponoć jeszcze żyjemy w świecie poprawności geopolitycznej).

– CHINY. Dobrze się złożyło, że to nie tylko alfabetycznie pozycja nr 1, bo mniemam, że będą przyszłym światowym hegemonem. Moje dwie ważne wizyty jako Głównego Geologa Kraju dotyczyły wydobycia gazu z łupków w naszych obu krajach (u nich było to w prowincji Chonqing) i podpisania stosownego memorandum na szczeblu wiceministrów (zdjęcie).

Mieliśmy być gazowym Kuwejtem Europy, ale nasza geologia oraz wiara w biznesowe finansowanie zewnętrzne sprowadziły polskie marzenia do zera. W Chinach ostatnio rocznie wydobyto ponad 9 mld metrów sześciennych gazu łupkowego, co ich rozczarowuje, ale startowali z podobnego poziomu. Z kolei, chińskie inwestycje wyniosły w Polsce drobne 1,4 mld dolarów. Pozostaje więc niewykorzystany potencjał kontaktów. Podczas konferencji prasowej, po imprezie górniczej w Tianjin, zadano mi trudne pytanie, o to, co Polska może zaproponować w wymianie gospodarczej. Zasugerowałem maszyny górnicze i zdrową żywność, bo cóż innego. Podczas chińskiej rewizyty zauważyłem, że zaimponował im porządek i zieleń Pomorza, gdzie zwiedzali wiertnię podczas szczelinowania hydraulicznego.

– INDIE. Też w ścisłej czołówce przyszłości. Nie będę wspominał o naszym udziale w rozwoju ich przemysłu węglowego (skutecznym, co jednak nie dotyczy obecnie naszej zbrojeniówki – poza dawnym eksportem samolotów „Iskra”). Chyba nie wypada nawiązywać do przeszłości, gdyż miało to miejsce za komuny. Ale o spotkaniu (podczas Światowego Kongresu Górniczego w New Delhi) z nieżyjącym obecnie prezydentem Indii A.P. J. Kalamem – twórcą indyjskiej bomby atomowej i programu rakietowo-kosmicznego, muszę wspomnieć. Zrobił na mnie wielkie wrażenie: człowiek religijny, aktywny politycznie, dydaktyk oraz oczywiście fizyk. I przywódca największego demokratycznego państwa na świecie.

– IRAK. Było nie było, spędziłem tam ponad rok na kontrakcie Mostostalu. Trafiłem dobrze, bo pomiędzy wojnę z Iranem oraz Pustynną Burzę, do środowiska znajomych inżynierów sprzed lat. Kraj był zmęczony wojną, ale się rozwijał, rządził twardo niesławny prezydent Saddam. W codziennym życiu było wiele elementów kultury Zachodu. Mogłem z żoną (uprawnienie do wizyty po 9 miesiącach kontraktu) spacerować nocą po parku w Bagdadzie, kąpać się w jeziorze Razzaza, czy samemu zaliczać program turystyczny, podczas samotnych samochodowych tras służbowych po całym Iraku (od Kurdystanu, przez wizytę u Jezydów, po Basrę). Dekadę później, gdy zostałem Szefem Służby Cywilnej, mieliśmy w Kancelarii Premiera wizytę delegacji nowego Iraku na temat zasad administracji rządowej. Padały wzniosłe słowa, ale gdy powiedziałem im o moim irackim epizodzie, jakoś staliśmy się sobie bardziej zrozumiali i bezpośredni. Polska zmarnowała potencjał współpracy z Irakiem, szczególnie jeżeli chodzi o kontakty z absolwentami naszych uczelni technicznych. Pamiętam, że musieliśmy się pilnować, aby nie „chlapnąć’ czegoś po polsku w ferworze dyskusji roboczych w obecności naszych irackich partnerów.

– IRAN. To stare państwo, kojarzące się z wielowiekowymi kontaktami Rzeczypospolitej z Persją (teraz chyba gorszymi) i eksodusem andersowców , poznałem pobieżnie podczas pobytu jako sekretarz generalny Światowego Kongresu Górniczego. Do dzisiaj nie zapomnę otwarcia obrad przez groźnie wyglądającego mułłę. Myślę, że jego początkowe modły były jednak kompromisem wobec nas niewiernych. Ja stałem/siedziałem koło tradycyjnie „zamaskowanej” geolożki. Potem było luźniej (w ramach systemu), co nie zmienia mojego odczucia, że otwarcie ważnej imprezy przez duchownego, przypomina mi rodzinny kraj. Z lżejszych obserwacji, nie zapomnę uśmiechów licznych teherańskich studentek z ich mocnym makijażem i pokazem obuwia wysokiej klasy, wystającego spod „habitów” (nie wiem jak to nazwać w j. farsi ).

– ROSJA. Wspomnienia o tym kraju mógłbym podzielić na trzy fazy historyczne. 1. Praca dziadka (z wyboru) w carskiej Rosji w górnictwie węgla kamiennego w dzisiejszym Kirgistanie: sukces materialny, potem rewolucja bolszewicka – utrata wszystkiego, ale zachowanie życia całej rodziny i powrót do Polski (coś na wzór „Przedwiośnia” Żeromskiego). Z tamtych czasów ostał się tylko tulski samowar. 2. Oswobodzenie ojca po pięciu latach spędzonych w niemieckim oflagu przez Armię Czerwoną (były takie pozytywne momenty). 3. Wreszcie mój kawałek wspomnień. Czyli dobra współpraca z partnerami z władz górniczych Federacji Rosyjskiej w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, a także moje dorabianie jako pilot wycieczek turystycznych, między innymi w ZSRR. Końcówka kontaktów odzwierciedla zmianę wzajemnego nastawienia obu państw. Jako Główny Geolog Kraju zapobiegłem uzyskaniu koncesji górniczych w Polsce jednemu z rosyjskich oligarchów. Tak więc tamten kierunek geograficzny mam chyba spalony, ale masowa turystyka już mnie nie pociąga, o czym wspominałem na wstępie.

– SZWECJA. Dla mnie Norland, czyli północna i górnicza Szwecja pozostanie inicjacją kapitalistyczną studenta z PRL. Kwartał pracy (latem) w kopalni podziemnej rud żelaza był ciekawy. Górnicy dali mi w tyłek podczas pracy przy wiertnicy, ale umożliwili nieoficjalnie pokierować pod ziemią wielotonową ładowarką, a imprezę pożegnalną zorganizowaliśmy w pobliżu składu materiałów wybuchowych (alkohol, jak to w Szwecji, był szmuglowany z Finlandii lub lokalnie wytwarzany). Standardy pracy w socjalistycznej Szwecji były dla mnie – osobnika z drugiej strony Bałtyku zbliżone, czego nie można powiedzieć o życiu codziennym.

Najpierw zrobiliśmy (było nas trzech) rozeznanie terenu, w tym uczestniczyliśmy w nieznanej nam liturgii w tamtejszym zborze ewangielickim. Parę dni później zaliczyliśmy film porno w jedynym kinie. Co ciekawe, spotkaliśmy tam pastora z małżonką, którzy ucieszyli się na nasz widok. Ten kraj zaskakuje skrajnościami.

– USA. Byłem tam dwukrotnie, ale chętnie wróciłbym, aby powłóczyć się niskokosztowo. Nie chcę wspominać szerzej o pierwszym kilkumiesięcznym pobycie, bo pracowałem, jak wówczas większość „turystów” z Polski, na czarno. W Chicago było wówczas strasznie upalnie i wilgotno, a facet, któremu remontowaliśmy dom jeździł postrzelać co drugi dzień z karabinu automatycznego, bo był zawodowcem (konkretnie – żołnierzem na urlopie). Za drugim razem mój status był diametralnie inny. Uczestniczyliśmy w Światowym Kongresie Górniczym w Las Vegas. Jednoręczni bandyci w każdym miejscu, czy też elektroniczny stół do gier hazardowych w pokoju hotelowym nie zrobiły na mnie wrażenia, ale sala z ruletką z jej specyficzną atmosferą napięcia – owszem. Amerykański luz objawił się podczas prezentacji naukowych zorganizowanych w czasie lunchu. Jeden z naszych profesorów stwierdził, ze jeszcze nie wykładał „do kotleta”.

– WŁOCHY. Wizyta w Italii (jako Szef Służby Cywilnej) była imprezą unijną i dotyczyła spraw administracji rządowych. Konferencję zorganizowano wspaniale, bo w odnowionych pomieszczeniach opactwa na Wyspie San Giorgio Maggiore. Wieczorem zapadła jednak gęsta mgła, przepływające statki włączyły buczki mgłowe i ciągle wydawało mi się, że za chwilę któryś trafi dziobem w naszą sale obrad. Nie trafił. A poranna kawa w Wenecji, gdy wysoka woda szumiała za oknem restauracji, była niezapomnianą przyjemnością. Zresztą jedną z rzadszych, bo współpraca zagraniczna jest zwykle stresującym mozołem, chyba, że jest się top – VIPem.

Na Dzień Kobiet

Jutro Dzień Kobiet, a właściwie MDK (Międzynarodowy Dzień Kobiet). Inicjatywa ta została zapoczątkowana w USA, co piszę dla poinformowania niektórych zaniepokojonych, że to pomysł importowany z ZSRR.

A więc coś o płci pięknej i silniejszej od nas mężczyzn (statystyczny wiek przeżycia kobiet w Polsce to 82 lata, a mężczyzn tylko 74), głównie w kontekście administracji. W pracy funkcjonowałem początkowo w środowisku męskim, bo były to studia na Wydz. Górniczym Politechniki Gliwickiej, a potem praca tamże. Mieliśmy niedużą grupę koleżanek, które ocieplały atmosferę i pozwalały nie zapomnieć, że praca, to nie tylko „chopy”. Potem przyszło między innymi zatrudnienie w Wyższym Urzędzie Górniczym, chlubiącym się surowym charakterem policyjno-wojskowym, z wszystkimi zaletami i wadami takiego stylu. Moje przejście do Głównego Urzędu Statystycznego (70 procent kobiet) mogłoby być szokiem, gdyby nie dorywcza, wcześniejsza praca dodatkowa jako pilota/przewodnika wycieczek zagranicznych. Tam istniała liczebna dominacja pań, zarówno wśród uczestniczek imprez, jak i przewodników/przewodniczek z bratnich krajów. Najlepiej współpracowało się z Rosjankami i Węgierkami.

Nie jest to okolicznościową kurtuazją, ale relacje służbowe z kobietami zawsze oceniałem bardzo wysoko ze względu na rzetelność i profesjonalizm pracowniczek. Faceci są chyba bardziej leniwi, a może to stereotyp, który, o zgrozo, sam przywołuję. Prawdopodobnie przyczyną dobrej współpracy z paniami było także nasze funkcjonowanie w korpusie służby cywilnej, gdzie reguły postępowania były wówczas zdefiniowane konkretnie. W moich czasach zawodowych, to mężczyźni byli częściej szefami, a panie zastępcami, chociaż proporcje stopniowo zmieniały się w kierunku statystycznej równowagi. Oczywiście mieliśmy trzy panie premier (że nie wspomnę o wcześniejszej królowej Jadwidze) oraz prezeski i posłanki, a także wiele profesorek w otoczeniu administracji. Tu kontakty układały się różnie, bo grały już emocje polityczne i feministyczne.

W okresie kierowania przeze mnie Służbą Cywilną (2009/2013) doznałem szeregu kontaktów ze światem idei XXI wieku. Zaczęło się od spotkań z akademickimi językoznawczyniami (?) w temacie zmiany aktów wykonawczych na rzecz sfeminizowania nazw zawodów i stanowisk administracyjnych. Czyli powinno być np. dyrektorka, radczyni, inspektorka. Szczęśliwie nie dyskutowaliśmy poziomu najwyższego (bo to inna regulacja prawna), czyli żeńskiej formy „prezydent” (prezydenta) i „premier” (premierka lub premiera). A byłoby ciekawie, z punktu widzenia ducha języka polskiego. Duch szczęśliwie zwyciężył (brak decyzji, bez komentarza). Pamiętny był coroczny konkurs Kancelarii Premiera dla klas licealnych na temat wizji pozycji kobiet i promocji genderyzmu. Nie zapomnę naszych wahań w Departamencie Służby Cywilnej, jaką punktację przyznać pracy „zostać biskupką”, czy też wskazać coś mniej postępowego. Wydelegowałem do komisji konkursowej panią dyrektor (ponownie przepraszam – na moje stare lata), bo mężczyzna byłby faux pas. Biskupka zwyciężyła.

Od pewnego czasu modne jest „rodzajnikowanie” nośnych emocjonalnie słów, jak np. Polska jest kobietą (ale, nawiasem mówiąc, Rosja i Korea również), demokracja jest kobietą, czy ostatnio – kościół jest kobietą (ponoć słowa papieża Franciszka, bo kościół jest rodzaju żeńskiego w języku włoskim). Piszę „kościół” z małej litery, bo nie wiem, o który chodziło w Rz byłemu gadatliwemu zakonnikowi, aktualnie bez habitu. Swoją drogą, jak się nie podoba Katolicyzm, to jest wiele opcji chrześcijańskich. Przyznam, że niektóre są ciekawe intelektualnie, ale ja pozostanę u Nas, chociaż KK (Kościół Katolicki) słabnie.

Idąc śladem administracji rządowej, to kobiety stanowiące dzisiaj 70 procent administracji rządowej, były od 2008 ofiarami blisko dziesięcioletniej blokady wzrostu podstawy wynagrodzeń ( czyli także pensji). Wiem, że nikt nie czytywał moich raportów z lat minionych. Dopiero ostatnio PiS ruszył te mury, wprawdzie niewiele, ale jednak. Sądzę, że moi byli decydenci z PO, oporni na wzrost wynagrodzeń w nielubianej instytucjonalnie administracji, trochę pomyślą o ludziach służby cywilnej, a przede wszystkim o kobietach. Wychodzi przy okazji także na to, że szklany sufit finansowy można z impetem rozbić, o ile jest się w NBP.

Teraz w ramach codzienności, gdy kobiety mogą być także górniczkami podziemnymi (naciski Międzynarodowego Biura Pracy, w czym kiedyś niechętnie uczestniczyłem w Genewie), pozostaje mieć nadzieję, że nie przesadzimy jeszcze z żołnierkami. Ale wojna jest też kobietą (I. Ghandi – Indie, G. Meir – Izrael, M. Thacher – W.Brytania). Mam nadzieję, że moja żona wykaże wyrozumiałość dla moich powyższych, emeryckich zgryźliwości w temacie wojen i innych potyczek.

Poniżej, kwiatek elektroniczny dla Pań – może konwencjonalnie, ale naprawdę szczerze !

„Epizody” zagraniczne (I)

Planowałem nawiązać teraz do moich minionych kontaktów zagranicznych (później), ale presja aktualnych wydarzeń nakazuje najpierw odnieść się do działań resortu „Czapiego”. To koleżeński pseudonim z czasów wspólnej pracy w służbie cywilnej obecnego ministra Spraw Zagranicznych p. J. Czaputowicza, którego mam/miałem okazję znać od dwóch dekad. Zawsze specjalizował się w sprawach zagranicznych i osiągnął to, do czego dążył na ścieżce kariery. Ale teraz Mu nie zazdroszczę.

 

Podpadnę miłośnikom białej flagi (czy tylko liberałowie i zieloni?), lecz sugerowane ostatnio pomysły atomowe dla Polski (amerykańskie rakiety w RP, udział naszych F – 16 w przenoszeniu bomb atomowych NATO, wzorem np. małej Belgii), to nasza słuszna reakcja na zagrożenia z Kaliningradu i koniec traktatu INF (zakaz rakiet średniego zasięgu). Znaczne zasięgi rosyjskich rakiet Iskander i innych (pociski manewrujące) przedstawiano nam – wówczas ministrom z PO na wyższych kursach w Akademii Obrony Narodowej. Jednak dopiero dzisiaj PIS podjął temat. Oczywiście polskie sugestie z MSZ wywołały niechętne komentarze zagranicy. Kiedy tymi rakietami zagrożona była tylko Warszawa, wszystko było OK. Ciekawe, co teraz powiedzą rozleniwieni pokojem Niemcy i Francuzi, gdy broń ta ich sięga? Może nadal boją się Rosjan (Stalingrad i Berlin, Kozacy w Paryżu) i wolą przymykać oczy. My ”gościliśmy” wschodnich sąsiadów kilkakrotnie w Polsce, więc jesteśmy, mam nadzieję, uodpornieni na te strachy.

 

Nasza eksplozja miłości do USA (zbieżność z Walentynkami przypadkowa) ma więc swoje racjonalne uzasadnienie w zrozumieniu polskiej słabości wobec Rosji plus trochę dwustronnej sympatii. Pisze o tej słabości defetystycznie jeden z byłych dowódców Wojska Polskiego. Generałom usta otwierają się bowiem dopiero po przeniesieniu w stan spoczynku. Może więc dobrze, że obecny rząd ograniczył ich liczebność. Wracając do Jankesów, musimy z nimi uprawiać biznes wspierania bezpieczeństwa naszego kraju poprzez niepotrzebną Polsce konferencję bliskowschodnią (podziwiam jednak meandry polityczne Szefa MSZ) i zakupy drogiego sprzętu wojskowego. Ciekawe, czy to przełoży się na jakieś konkrety dla kraju (poza wzrostem zagrożenia terroryzmem). Jest jednak

w tym jeden pozytyw: próba myślenie interesem państwa, bowiem polityka często bywa cyniczna.

 

Z tymi zakupami militarnymi, to zresztą wstyd. Nadymamy się zakupem w USA jednego dywizjonu wyrzutni HIMARS (Rumuni – trzy dywizjony) oraz 4 śmigłowców dla MON (Węgrzy – 16 francuskich Caracali oraz 20 sztuk innych mniejszych maszyn europejskich).

 

Natomiast za słuszne uważam przeznaczenie części środków MON na budowę infrastruktury dla przemieszczania się ciężkich czołgów amerykańskich Abrams w północna – wschodniej Polsce. Mostki dobre dla chłopskich furek i junkierskich powozów, to przeżytek. W latach zimnej wojny podobnie rozbudowywano drogi w zachodnich Niemczech na kierunku wschodnim.

 

Wracając do konferencji „irańskiej” w Warszawie, chciałbym jeszcze nawiązać do wątku izraelskiego (a właściwie żydowskiego). Irytuje mnie od pewnego czasu ciągłe udowadnianie przez Polskę, że nie jesteśmy sojusznikami Hitlera i polemiki z naszą nieodwzajemnioną miłością na Bliskim Wschodzie (nie piszę o Palestyńczykach) i w Nowym Jorku. Warto tylko przypomnieć, że w Waffen SS służyło między innymi 55 000 Holendrów, 31 000 Łotyszy, 23 000 Flamandów, 20 000 Walończyków, 20 000 Francuzów, 20 000 Estończyków, 20 000 Ukraińców, 16 000 Włochów, po kilka tysięcy Duńczyków i Norwegów, bez udziału Polaków (dane niemieckie). A my się ciągle kajamy, że nie jesteśmy kumplami nazistów różnej maści. W czasach pracy w służbie cywilnej mieliśmy spotkania z ówczesnym ambasadorem Izraela w RP p. Sz. Weissem. Szanuję Go za obiektywizm i brak zacietrzewienia.

 

A może weźmy przykład z wymienionych wyżej narodowości i przestańmy się tak przejmować antypolską propagandą, ale nie prowokujmy jej nieprzemyślanymi działaniami. Ile jeszcze lat będzie się odbijała medialną czkawką II Wojna Światowa ?

Na Nowy Rok

No i żyjemy w 2019 roku. Zwierzęta domowe i bezpańskie zachowały dobrostan, bo fajerwerków było wyraźniej mniej. Dążymy do łagodności ludzkiej, chyba tylko wobec zwierząt, lansowanej przez miłośników laserów (a co z ich zastosowaniem bojowym ?), wyłącznie patroszonego karpia, dzików jedzących z ręki oraz mody na weganizm. To się wpisuje w strach rządzących krajem nad Wisłą przed poszerzeniem dostępu obywateli do broni palnej. Bali się tego i komuniści, i liberałowie, i prawica. Duch insurekcji zbrojnej nadal krąży nad Polską. Ja posiadam tylko ”urządzenie” pneumatyczne, bo nie uległem swego czasu modzie wśród różnych VIP-ów na oficjalne pozyskanie jakiegoś Glocka, czy przynajmniej TT – ki. A porównanie z czeską statystyką posiadania broni palnej wykazuje, że RP jest krajem miłującym wszystkie formy pokojowej egzystencji, od likwidacji fajerwerków i prywatnej broni, po skasowanie obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej kraju (chociaż o przyszłościowych mega drogich Patriotach dużo się mówi i pisze) oraz obrony cywilnej.

Czeka nas rok wyborczy. Zaczął się wcześnie wywołany morderstwem w Gdańsku (RiP). Z jednej strony partia wielkich słów z niewątpliwymi sukcesami w polepszaniu bytu zwykłych zjadaczy chleba, ale znaczona nepotyzmem, z drugiej – jałowa opozycja bez programu i charyzmy, pełna europejskości. A w tle wybory i kasa… kasa, szczególnie w Euro. Na Wschodzie potężnieje militarnie Rosja, co przegapili w swoim zarozumialstwie Amerykanie i teraz nadrabiają. U nas niestety słabnący moralnie Kościół.

Nie chciałbym, aby to zabrzmiało jak zrzędzenie przymusowego emeryta. Jednak 74 lata bez wojny europejskiej (poza b. Jugosławią), to wyzwanie. Uczestnicy II Wojny Światowej i pokolenia powojenne żyjące w dziadostwie i wyrzeczeniach po jej zakończeniu wymierają lub schodzą na drugi plan. Dobrobyt i pokój wydaje się młodym generacjom czymś naturalnym, Unia Europejska jest nudna i zbiurokratyzowana, świat ponoć otwarty i zestandaryzowany, a wyprzedaże świąteczne ważnymi wydarzeniami. Do tego erozja partii politycznych na całym świecie, brak przywódców dużego formatu, dyktat globalnego kapitału, utrata zaufania do nauki, ogólna prymitywizacja mas oraz konsumeryzm tych bogatszych. Media głupieją, bo optymalizują koszty zatrudniając żółtodziobów.

Hiszpański pisarz Javier Marias („Wszystkie dusze”) pisze: „Już ponad wiek temu przestano wychowywać dzieci tak, aby stały się dorosłymi. Obecni dorośli zostali/zostaliśmy wychowani – tak, by ciągle być dziećmi, żeby emocjonować się zawodami sportowymi i być zazdrosnym o cokolwiek. Żeby żyć w ciągłym niepokoju i chcieć wszystkiego. Żeby obawiać się i złościć. Żeby być tchórzliwym. Żeby koncentrować się na sobie samych.”

I tenże autor w wywiadzie (co bardzo aktualne): „Ludzie – a zajęło im to tylko kilkanaście lat – stali się znacznie bardziej powierzchowni, po prostu płytcy. Stracili rozwagę i rozsądek … Ludzie są dziś narcystyczni bardziej niż kiedykolwiek. Stali się szydercami, wydaje im się, że wszystko można powiedzieć, każdego opluć, insynuować, oskarżać innych bez podania faktów, bazując na przypuszczeniach, domysłach, złośliwościach.”

Teraz inne nawiązanie. Prof. K. Król w wywiadzie na Nowy Rok wieszczy nadejście okresu światowego chaosu, z którego coś się gwałtownie wyłoni.

I wreszcie feministka A. Dryjańska pisze w felietonie: „Wraz z epoką smart fonów i smartwatchów (a co to, S.B.) wielkimi krokami nadchodzi ciemność. Przesądy wspomagane wyszukiwarką. Wirtualnie powielane gusła.” Diagnozę podzielam, przykłady z tekstu – mniej.

Coś się chyba musi wydarzyć, co przewidują mądrzejsi ode mnie. Wskazuje się na nieuchronność zmian – pytanie kiedy i jakim kosztem. Na to nie znamy odpowiedzi, więc szkoda się na zapas martwić, ale warto nie być w przyszłości zaskoczonym, co sugeruję różnie obecnie sygnowanym generacjom: X, Y/milenialsi, Z i pewnie także kolejne.

Może w świetle tych niezbyt optymistycznych perspektyw, przed wyborem kandydatów do różnorakiego rządzenia, w sposób „ponowoczesny” zwrócić się z radą do Pytii. Odradzam natomiast elektroniczne wróżby, bo zhakują.

Wspominki

Zbliża się Sylwester, więc chciałbym podzielić się na luzie niektórymi wspomnieniami, odpowiadającymi nastrojowi noworocznemu.

Zacznijmy od niektórych zdarzeń związanych z bezpieczeństwem publicznym. Jeździłem za granicę głównie po upadku PRL – w ramach pracy w administracji rządowej, najczęściej w celach roboczych, a nie reprezentacyjnych. Znam j. angielski i rosyjski, kiedyś trochę niemiecki, a merytorycznie tematy były mi bliskie, stąd podróżowałem niejednokrotnie solo. A styl pracy w III RP nie wymagał wsparcia wiernych „towarzyszy” z centrali.

Swego czasu odwiedziłem na roboczo w Wielkiej Brytanii (jako Szef Służby Cywilnej) mojego odpowiednika Szefa sławnej Civil Service (zawsze z tytułem szlacheckim Sir) w siedzibie rządu w Whitehall. Ciekawe było wejście do budynku przez faceta z ulicy, jak ja. Goście rządowi wchodzili do przeźroczystych rur, gdzie ich pojedynczo skanowano, a potem dostawaliśmy przepustki. Innym razem byliśmy z moim ówczesnym przełożonym (także w Londynie) u Przewodniczącego Komisji Bezpieczeństwa Pracy. Minister sam nam przygotował herbatkę podczas kurtuazyjnej rozmowy. Był ciekawą postacią, chociaż bardziej jego żona – szefowa MI 5 (coś jak nasze ABW), przypominająca M z Bonda. Jakimś trafem na lotnisku zaginęły nasze bagaże w drodze powrotnej, które odzyskaliśmy w Polsce, w stanie chyba nie naruszonym. W tamtych latach dziewięćdziesiątych, wracając z wizyty w funkcjonujących nieźle kopalniach węgla kamiennego w okręgu Selby i zwiedzając Las Sherwood (to ten od Robin Hooda), kupiłem dziecinny łuk ze strzałami na przyssawki dla małoletniego syna. Na lotnisku Heathrow potraktowano go jako broń, zaplombowano i przesłano w trybie bagażu specjalnego. We Frankfurcie nad Menem, gdzie miałem przesiadkę do Polski (inne czasy; mało połączeń bezpośrednich) musiałem „broń” odebrać z depozytu. Niemieccy celnicy pukali się w głowy, komentując czujność ich brytyjskich kolegów. W pomieszczeniach pachniało smarem do broni, leżały tajemnicze wydłużone skrzynki, a moja Waffen przekonała mnie, że i Niemcy mają poczucie humoru. W tym samym Frankfurcie, innym razem, celnicy cofnęli mnie w trybie nagłym po przejściu odprawy, do osobnego pomieszczenia, gdzie głównym „oskarżonym” była moja walizka nadana na bagaż. Okazało się podczas prześwietlania, że upominek od górników niemieckich – mosiężna lampka górnicza (karbidka) przypomina improwizowaną bombę. Dopiero, kiedy ją rozkręciłem, wszystko się wyjaśniło.

Interesująco było też w Rosji w tamtych latach. Pożegnanie z kolegami z federalnego odpowiednika naszego Wyższego Urzędu Górniczego przedłużyło się, jak to u Słowian, i wyglądało, że nie zdążę na samolot do Warszawy. Samolot jednak wstrzymano, schodki znów podjechały i wdrapałem się z niesprawdzonym bagażem do Tu 134. Ale stempel, jakimś cudem, przybito w paszporcie. Inny ciekawszy przypadek. Mój, częściowo już emerytowany w owym czasie podwładny w Wyższym Urzędzie Górniczym (WUG), był kolegą ze studiów w ZSRR Szefa Państwowego Nadzoru Górniczo-Technicznego Rosji. Minister ten zaprosił mnie na lot do Azji Centralnej, w celu odwiedzenia wciąż działającej kopalni węgla kamiennego, w której pracował w nadzorze przed rewolucją bolszewicką mój dziadek. Ze względów pryncypialnych nie zdecydowałem się na ten wypad w głąb Rosji… i do dzisiaj żałuję, bo okazja się nie powtórzy.

Tego błędu (czyli bez dodatkowej turystyki) nie popełniłem już kilka lat później na kontrakcie w Iraku. To inna historia, o czy przy innej okazji.

Byłem w tychże latach 90. (wtedy pod rządami lewicy w Polsce) delegatem na konferencję Międzynarodowej Organizacji Pracy w Genewie. Poznałem tam Podsekretarza Stanu ds. Bezpieczeństwa Pracy w Górnictwie USA, z którym wcześniej korespondowaliśmy urzędowo z WUG. Zaprosił mnie do swojej siedziby, gdzie zaskoczyły mnie rygory przy wjeździe do rezydencji. Marines dokładnie sprawdzili podwozie samochodu z nami w środku, bagażnik, etc. Potem miałem możliwość porównywania tego z działaniami BOR w podobnej sytuacji, gdy pracowałem w KPRM. My bardziej wierzymy w ochronę Anioła Stróża, chociaż bywały chlubne momenty, kiedy czujność służb chwilowo wzmagano. Przez blisko 8 lat, gdy zajmowałem tak zwane kierownicze stanowiska w państwie, jeździłem po kraju z kierowcami, z których jeden był emerytowanym „borowikiem”. Nigdy nie mieliśmy stłuczek, bo dowiedziałem się i o szkoleniach jazdy w kolumnie i w warunkach zimowych, a także o wpajanych zasadach, że bezpieczeństwo uczestników ruchu jest najważniejsze. Powyższe dedykuję następcom ze Służby Ochrony Państwa.

Teraz na moment – transfer w czasie. Gdy już mnie wyautowano z aktywności zawodowej po 2015, uczestniczyłem w pogrzebie śp. posła PIS R. Górskiego – mojego znajomego, którego szanowałem za postawę merytoryczną, gdy współpracowaliśmy w Radzie Służby Cywilnej (on w opozycji). W przedsionku katedry warszawskiej (tak ją nazwę w uproszczeniu) panował bałagan, bo przede mną (osobą niesprawdzoną) przedefilowało wielu nowych VIP – ów; nie wymienię najważniejszych, odprowadzając trumnę na zewnątrz, czego chyba nie było w programie.

Trochę o lotnictwie publicznym – nigdy nie leciałem naszymi transportowcami wojskowymi, „zarzynanymi” dla potrzeb osób rządzących RP wszelkiej opcji. Wracając z konferencji górniczej w Australii, mieliśmy międzylądowanie w Singapurze. Jakoś zgadałem się wcześniej z pilotami z British Airways i pozwolono mi usiąść z tyłu w kabinie pilotów, i to podczas startu (!). Jumbojet startował nocą w rozświetlone morze z 75. procentową mocą 4 silników. Duże przeżycie. A tamtych pilotów z czasów względnej normalności, nikt już dzisiaj nie zdyscyplinuje!

Trochę wspomnień lotniczych wiąże się z moją pracą sekretarza generalnego Światowego Kongresu Górniczego (ŚKG).

Lecieliśmy z Teheranu w grupie oficjeli ŚKG irańskimi liniami wewnętrznymi do Isfahanu. Mało kto spodziewał się antyalkoholowej terapii przy kontroli bagażu. Żal było patrzeć, jak brodaci przeciwnicy C2H5OH niszczą zapasy trunków naszych sąsiadów geograficznych. My byliśmy po imprezie w ambasadzie RP, kierowanej wówczas przez amb. W. Waszczykowskiego.

Innym razem, w Maroko lecieliśmy prawie pustym, zdezelowanym Boeingiem do Marakeszu. Lot był dziwnie dynamiczny (zmiany ciągu silników, kołysania) i dopiero po wylądowaniu dowiedzieliśmy się, że miał charakter szkoleniowy. Połączono nieprzyjemne z pożytecznym.

Zabawna (przyjemna?) była stosunkowo niedawna sytuacja na liniach wewnętrznych w Chinach. Byłem wtedy VIPem, ale surowa funkcjonariuszka kazała mi stanąć na specjalnym podwyższeniu, gdzie każdego obmacywała dokładnie i publicznie bez względu na płeć.

Zabawnie było także w czasach, gdy pracowałem jako asystent na Politechnice Śląskiej. Wyjechaliśmy z grupą namiotową za żelazną kurtynę. Jeden z noclegów wypadł w Kolonii, więc mając trochę czasu wypuściliśmy się do pobliskiego Bonn, było nie było, ówczesnej stolicy RFN. Był już wieczór, kiedy pieszo „zaliczaliśmy” dzielnicę rządową, Wtedy za nami pojawił się lekki transporter opancerzony, który uparcie nam towarzyszył aż do dworca. Przypomnę, że to czasy polowania na terrorystów z Frakcji Czerwonej Armii RAF, a my wiekiem i wyglądem pasowaliśmy do ich profilu. Jednak nikt nas nie wylegitymował. Wróciliśmy do Kolonii tuż przed odjazdem grupy, która sądziła już, że wybraliśmy wolność.

Wreszcie coś z domowego podwórka. W latach 90. uruchomiliśmy z Czechami inicjatywę corocznych spotkań europejskich szefów urzędów górniczych. Na pierwsze takie spotkanie w Polsce przyjechał między innymi szef urzędu górniczego jednego z landów niemieckich (w Niemczech nadzór górniczy realizowany jest na szczeblu landu, a nie federalnym). Zaskoczyła nas niska klasa jego samochodu oraz wstrzemięźliwość w jedzeniu. Dopiero później, gdy się lepiej poznaliśmy, powiedział mi, że samochód wypożyczyli, bo bał się kradzieży służbowego, a pościł, gdyż bał się zatrucia pokarmowego. Białych niedźwiedzi w Katowicach nie spotkał.

Największy poziom czujności w kraju wykazały służby kościelne (?) katedry warszawskiej, które nie wpuściły mnie do strefy uprzywilejowanej podczas mszy barbórkowej z udziałem Prezydenta B. Komorowskiego. Miałem mundur galowy i wszystkie wymagane przepustki, ale nic to – modlić się można wszędzie.

Niniejszy tekst powstał nie z zamiaru chwalenia się wyjazdami zagranicznymi, bo to dzisiaj standard. Gdybym miał mniej skrupułów, to „zaliczyłbym” więcej emocji międzynarodowych. Znane mi środowiska, szczególnie naukowe, parlamentarzyści, lekarze i częściowo funkcjonariusze publiczni, zawsze lubowali się w „przebijaniu” kolegów/koleżanek opowieściami, gdzie to ostatnio byli. Stąd taka popularność różnych konferencji i międzynarodowych eventów.

Kończąc, chciałem trochę ubarwić trudny dla mnie rok 2018, przypominając, że świat jest jednak multikulti, także w obszarze szeroko rozumianej kultury bezpieczeństwa. Generalnie staje się, moim zdaniem, mniej przyjazny (mimo lansowanej globalizacji, nie tylko w biznesie) i bardziej sformalizowany, wbrew licznym deklaracjom miłośników postępu. Ale w dobie wędrówek ludów i masowej turystyki oraz zmian geopolitycznych, na czym żeruje terroryzm, to niestety nieuniknione.

Jednak więcej optymizmu i wszelkiej pomyślności w Nowym 2019 Roku !

PS. Czytam, że sylwestrowe fajerwerki stają się nieakceptowalne przez niektóre środowiska i samorządy. Mojemu labradorowi, nie przeszkadzały podczas imprez Nowego Roku w Warszawie i teraz w Gliwicach. A nasi „opiekunowie” w Iraku, na nowy rok 1989/1990, wystrzeliwali całe magazynki kałasznikowów w pustynię. Czasy się zmieniają, chociaż …

ŚWIĘTA, … święta

Nastrój świąteczny i koniec roku jest zwykle czasem podsumowań. Wprawdzie rocznica uruchomienia tego blogu minie dopiero w marcu, lecz pretekst jest dobry. Trzymając się deklaracji z mojego menu, nie zdecydowałem się ulec pokusie komercjalizacji i wejścia w reklamy. Musiałbym wtedy pisać „wiele i źle”, jak mawiał mój praszczur Kazimierz (kto jeszcze wie, o co chodzi). Wypowiadałbym się wtedy na każdy temat jak, za przeproszeniem celebryta lub polityk. To nie dla mnie, a na treść nie mam żadnego wpływu.

Analiza wejść moich Gości (dziękuję !) na bloga jest ciekawa. Posty żyją na wyższym poziomie oglądalności przez kilka dni, potem zainteresowanie maleje do kolejnej publikacji. Niektóre tematy wywołują pik zaciekawienia, znacznie przekraczający medianę (moje stare statystyczne przyzwyczajenia z GUS), a liczba odwiedzin zależy od dnia tygodnia; najlepszy jest poniedziałek, potem sobota (sam to praktykowałem, pracując zawodowo).

2019 rok zapowiada się ciekawie: wybory unijne i parlamentarne, 80. rocznica wybuchu II Wojny Światowej, 20. rocznica wejścia Polski do NATO (nie wspominam o rocznicach poniżej pełnej dekady) i zapewne inne zdarzenia wygenerowane przez Los. Moje najnowsze przemyślenia sugerują mi odejście od nadmiernej poprawności formy wypowiedzi, wszakże z zachowaniem jej staroświeckiej (?) kultury.

Będzie się prawdopodobnie dużo działo. W ramach przygotowań do oceny przedwyborczych dyskusji sięgnąłem w mojej biblioteczce po książkę Niemca R.G. Reutha o Goebbelsie (2004) w celu odświeżenia pewnych metod partyjnych z czołowym motto niesławnego doktora (cytat): „Propaganda znaczy powtarzać, wiecznie powtarzać!”. Oczywiście, to nie ukryta pochwała hitlerowców zwanych teraz w mediach globalnych nazistami, ale memento. Przy okazji; większość filmów, programów telewizyjnych i książek (jeszcze czytanych) i dostępna w RP, jest autorstwa Anglosasów, co zaciemnia ogląd tamtej wojny, bo widziany spoza kontynentalnej Europy, graniczącej z tak zwanym państwem nazistów (może chodzi o III Rzeszę Niemców). Wyłączam z tego podejścia p. Normana Davisa, którego miałem okazję osobiście poznać i wysoko cenię.

I znów utknąłem w historii, od której właśnie teraz uciekam, słuchając polskich kolęd. Jak to w okresie przedświątecznym, nasłuchałem się wielu Christmas songs, robiąc zakupy w sieciowych hipermarketach.

Pozdrawiając Osoby zainteresowane moimi postami, informuję, że planuję coś jeszcze przed Sylwestrem (w lekkim tonie bez autocenzury).

Na dzisiaj, Radosnych Świąt Bożego Narodzenia, a nie żadne wyprane z treści „Season’s Greetings” lub „życzenia zimowe”.