Blog

Foki, morświny i …polityka

W 2015 roku wypuściłem na wolność w Słowińskim Parku Narodowym fokę Natkę (dyplom). Po trzech latach okazuje się, że foka dla niektórych (w tym parlamentarzystki z obozu rządzącego i samorządowców) to szkodnik, bo zjada ryby. Czyżby to syndrom zbliżających się wyborów do samorządów? Foki zaczyna się ostatnio zabijać na Wybrzeżu Kaszubskim. Autorytetu takiego, jak śp. Prof. Krzysztof Skóra twórca fokarium w Helu już nie ma, więc niektórzy mędrkowie powołują się na fakt, że przed wojną (gdy wszystko było słuszne) władze płaciły rybakom za ubój fok. Zapomina się tylko, że obecnie w Bałtyku jest ich nieco ponad 30 tysięcy, a przed II Wojną Światową było kilka razy więcej. A o różnicy w standardzie życia i edukacji, nawet nie warto wspominać. Cyrkowe sztuczki uwięzionych zwierząt w wodnych parkach rozrywki nie wszystkim odpowiadają.

To prawie zabawne, że za słabe połowy w Bałtyku obwinia się ssaki morskie, zapominając, że za PRLu morze to było rodzajem szamba z wpadających do niego rzek, rolnicy przyczyniali się i przyczyniają do eutrofizacji środowiska morskiego (stąd martwe strefy), pamiętajmy też o przeławianiu ryb i zatopionej broni chemicznej. Jedynie wpływ marynarki wojennej zmalał, bo fok na polskim wybrzeżu doliczono się tylko trzy razy więcej niż naszych okrętów wojennych (co nie znaczy, że fok jest dużo). Jakoś „upiekło” się Duńczykom z ich przemysłowymi (na mączkę rybną) połowami śledzi i sardynek – tradycyjnego pokarmu dla dorszy i ssaków morskich. Mączką z kolei karmi się na farmach zwierzęta futerkowe, a więc łańcuch pokarmowo-biznesowy się zamyka.

Kiedy byłem wiceministrem środowiska (i Głównym Geologiem Kraju), pamiętam pochód korytarzami ministerstwa ekologów z modelem morświna, do ówczesnego szefa resortu, który miał zrozumienie dla morskich ssaków bałtyckich i sprzyjał inicjatywie ochrony rodzimego delfina (morświna), bardziej zagrożonego niż foki. Niedawno, gdy rozmawiałem z jedną z ważnych osób MŚ, użyto znów argumentu zjadania ryb przez foki i morświny. A co mają jeść – frytki z tej naszej sztandarowej uprawy, czyli ziemniaków/kartofli/pyr?

Ryby, poza fokami (i ludźmi) są wyżerane przez kormorany, dla których moja sympatia jest zdecydowanie mniejsza. Oprócz flinty myśliwego (to chyba znaczące narzędzie polityki zrównoważonej ochrony przyrody), pamiętam, jak ekolodzy malowali jaja kormoranów w gniazdach (chodziło o utwardzenie skorupek), aby ograniczyć nadmierny przyrost gatunkowy tych ptaków.

Nawiasem mówiąc orły też gustują w rybnym menu…

Mam nadzieję, że odpowiednie władze nie będą „teoretyczne” w stosunku do bytowania regulowanej liczby fok na naszym wybrzeżu. Są różne metody technologiczne i finansowe rozwiązania konfliktu rybak-foka. Nie chodzi chyba o danie z foki, jak swego czasu proponował jakiś restaurator z Jastarni. Morświny są nieliczne (niecałe 500 sztuk w Bałtyku) oraz nieufne, więc chyba talerz im nie grozi.

A swoją drogą, w maju 2018 r. w okolicach Lubiatowa, mój labrador podczas kąpieli spotkał się w odległości blisko 2 metrów z foką. Do konfliktu nie doszło, oba czarne ssaki popłynęły swoimi kursami. Można ?

Reklamy

Geozagadka

Czas, abym poruszył tematykę geologii i górnictwa – mojego pierwszego obszaru aktywności zawodowej. Bo przecież ukończyłem dobry kiedyś Wydział Górniczy Politechniki Śląskiej, z wyróżnieniem Honorową Szpadą Górniczą. To, że teraz Wydział Górnictwa i Geologii tejże uczelni „robi bokami”, jest skutkiem braku koncepcji i kurczowego trzymania się monokultury węglowej. (Ale to dyskusja na inną okazję). Pracowałem jako asystent i adiunkt w problematyce maszyn górniczych, transportu i niezawodności, projektowałem i atestowałem górnicze urządzenia wyciągowe, zatrudniłem się w Wyższym Urzędzie Górniczym organizując tam służbę cywilną jako dyrektor generalny, wreszcie u schyłku kariery powołano mnie na Głównego Geologa Kraju (GGK). Łącznie było to blisko 30 lat. Wspomnę jeszcze, że mój dziadek i ojciec całe zawodowe życie spędzili w górnictwie Rosji, II RP, Zaolzia oraz PRL.

Obecnie, jednym z najważniejszych tematów w  obszarze geologii jest Polityka Surowcowa Państwa (PSP) oraz pomysł na jej realizację poprzez utworzenie dziwnego tworu, czyli Polskiej Agencji Geologicznej (PAG). Pisałem o pomyśle aktualnego Głównego Geologa Kraju na politykę surowcową na  portalu WNP  w tekście pt. Komentarz do projektu PSP, więc nie chcę się powtarzać, poza poniższymi cytatami.

„Omawiany dokument to projekt, ulubione dzieło urzędników i naukowców. Projekt, jako taki, jest bezpieczny dla polityków, obawiających się, i słusznie, skutków ekonomiczno-społecznych (rekompensaty za grunty, naruszenie interesów lokalnych, protesty ekologów, sprzeciw zagranicy itd.), gdyby zawarte w nim pomysły przełożyć na fakty legislacyjne. A do tego daleka droga.

W projekcie pobrzmiewa idea autarkicznej Polski surowcowej. Jesteśmy w Unii Europejskiej w XXI wieku i wiele surowców lepiej importować, niż wydobywać w kraju, zagrażając środowisku naturalnemu. Nie wspomnę tutaj szerzej o opłacalności. Zasoby surowcowe są tylko fragmentem kapitału naturalnego kraju, co może brzmieć gorzko dla geologów.

W projekcie Polityki Surowcowej Kraju wymienia się także nasze zaangażowanie w przyszłościowe wydobywanie surowców z dna Atlantyku, pomijając już współzarządzaną przez Polskę działkę na Pacyfiku. Urzeczywistnienie kapitałochłonnego górnictwa podmorskiego to odległa perspektywa, ale dla świata nauki jest fascynującym wyzwaniem.” Kosztownym, bo już Państwowy Instytut Geologiczny musiał zapłacić za nie w pilnym trybie (?) 530 tysięcy dolarów. Zanim wybudujemy (o ile będziemy w stanie) statek badawczy w Szczecinie, musimy jakąś jednostkę wyczarterować, najprawdopodobniej od Rosjan. Program rządowy skoku w głębiny opiewa na ponad pół miliarda złotych, co jest kwotą zaniżoną. W czasach, gdy byłem Głównym Geologiem Kraju, podchodziłem do tych futurologicznych pomysłów z dużym dystansem.

Największe zaniepokojenie budzi pomysł Polskiej Agencji Geologicznej, wyrażony w projekcie ustawy i intensywnie lobbowany przez obecnego GGK. Ma on ciężką wadę wrodzoną (pomysł), którą jest niedopuszczalny w państwie prawnym „miks” zadań nakładanych na tą państwową agencję wykonawczą. Chodzi bowiem o kumulację roli państwa (w tym informacyjnej) i działalności stricte komercyjnej. Spotkać się można z częstymi opiniami, że grozić to może zawłaszczeniem potencjału surowcowego kraju przez niekontrolowany geobiznes, aktywny w grze rynkowej. Przyznaję, że forma umocowania państwowej służby geologicznej w Państwowym Instytucie Geologicznym nie była rozwiązaniem optymalnym, lecz proponowana rewolucja może przynieść poważne zagrożenia korupcyjne. Warto wziąć pod uwagę negatywne stanowisko Krajowego Sekretariatu Zasobów Naturalnych, Ochrony Środowiska i Leśnictwa NSZZ Solidarność. Także redukcja dochodów gmin górniczych z przeznaczeniem na nowo kreowaną instytucję, może się odbić rykoszetem na spadku zainteresowania samorządów lokalnych inwestycjami surowcowymi. Stąd chyba negatywna ocena projektu PSP i ustawy o agencji przez Związek Gmin Wiejskich. O krytycznych opiniach środowisk naukowych nie wspomnę, bo to oczywiste. Model współdziałania nauki ze służbą geologiczną w jednej instytucji jest szeroko rozpowszechniony na świecie. W tym miejscu, muszę się opowiedzieć zdecydowanie przeciwko zaproponowanej formie zaistnienia PAG, i to w opozycji do Instytutu.

Warto wspomnieć o pewnym zapisie zawartym w art.7 ustęp 5 projektu Ustawy o PAG. Prezes Agencji nie może prowadzić działalności gospodarczej, co oczywiste, z wyjątkiem działalności wykonywanej z mandatu posła albo senatora. Czy chodzi o furtkę dla czynnych polityków?

W kontekście gospodarności należy rozpatrywać zamknięcie (czy już przesądzone) przez mojego następcę budowy centralnego magazynu próbek geologicznych w Leszczach, co pochłonęło milion złotych. Może warto dokonać analizy kosztowej zasadności tego ruchu.

Smutna refleksja. Nigdy nie przypuszczałbym, że prawdopodobna likwidacja Państwowego Instytutu Geologicznego (lub sprowadzenia  najstarszej placówki tego typu w Polsce zał. w 1919 r., do symbolicznych resztek) ma stać się mimowolnym fragmentem obchodów 100 lat polskiej niepodległości. Taki krok byłby dla mnie geozagadką.

Bezbronna służba cywilna ?

Pracując w centralnej administracji rządowej od 1991 roku, a więc pod rządami ustaw o służbie cywilnej z 1998 i 2008 roku (z kontrowersyjnymi nowelizacjami z czasów lewicy i pierwszego PIS), nigdy nie postawiłbym pytania, jak w tytule tego tekstu.

Członkowie korpusu służby cywilnej byli bowiem nieźle zabezpieczeni systemowo. Niech mój przypadek posłuży jako przykład. W okresie rządów lewicy (2001 – 2004) zostałem jako dyrektor generalny nagle wezwany do mojego przełożonego – prezesa Wyższego Urzędu Górniczego, który wręczył mi niespodziewanie odwołanie przez ówczesnego premiera L. Millera. Coś się wokół mnie chmurzyło w kontaktach w urzędzie, ale rzekomo nieuprawnione wydanie ok. 1000 zł na dedykowane życzenia noworoczne, to zdawał się być mocno „dęty” pretekst. Byłem wówczas sekretarzem generalnym usytuowanego w Polsce sekretariatu międzynarodowej organizacji World Mining Congress, której aktywność finansował budżet WUG. Pracowałem oczywiście społecznie, wyjeżdżając umiarkowanie za granicę, co bolało niektórych. Zareagowałem szybki, składając do Sądu Pracy pozew o naruszenie ustawy o sc z 1998 r. Kibicowało mi wiele osób z różnych środowisk i niektóre media. Napisałem również do premiera szerokie uzasadnienie mojego, chyba bezprecedensowego, kroku prawnego (dyrektor generalny skarży Prezesa Rady Ministrów). W ustawowym terminie dostałem przez kuriera z Warszawy (WUG mieści się w Katowicach) pismo – decyzję premiera, w którym wycofał on swój „akt woli” odwołania mnie ze stanowiska. Był to szok dla urzędu i satysfakcja dla mnie, chociaż późniejsze życie zawodowe nie było łatwe. Paradoksalnie, dopiero objęcie władzy przez PIS w 2006 roku, zmiana kierownictwa urzędu i powstanie Państwowego Zasobu Kadrowego, umożliwiło mi zamianę WUG na Główny Urząd Statystyczny, w tej samej roli. Przypuszczam, że moja postawa neutralnego politycznie państwowca, miała znaczenie w tym transferze.

Inny przykład, to moje działania jako szefa służby cywilnej (SSC) wobec dyrektorów generalnych pod rządami ustawy z 2008 roku. Prawdą jest, że w czasie moich blisko 5 lat na tym stanowisku, wymianie uległo blisko 50 procent dyr. generalnych ok. 60 ministerstw, urzędów centralnych i wojewódzkich. Jednak procedura odejść odbywała się w trójkącie: minister – SSC – dyr. generalny. Nikt z dyrektorów nie trafił na bruk, ani nie był zaskakiwany. Zwykle obejmował (a) stanowisko w sc adekwatne do swoich kompetencji, z kilkoma wyjątkami (stan zdrowia, uzależnienie). Gabinety polityczne nigdy nie mieszały się do tych ruchów kadrowych, przynajmniej w kontaktach ze mną. A obsadzania wakatów na stanowiskach dyrektorów generalnych czujnie pilnowała Rada Służby Cywilnej, złożona między innymi z kompetentnych przedstawicieli opozycji. Oprócz przeciągania terminów naborów/konkursów (co było „zasługą” ministrów), Rada nie zgłaszała zastrzeżeń. Oczywiście w setkach rekrutacji na mniej eksponowane stanowiska bywało różnie. Starałem się interweniować, o ile dotarły do mnie sygnały o nieprawidłowościach. Generalnie system funkcjonował. Jeszcze jedna uwaga. Służby podległe Ministerstwu Finansów, jak już wcześniej wspomniałem w innym blogu, były mocno „wyemancypowane”  z jednolitego korpusu, stąd moje oddziaływanie np. na skarbówkę było ograniczone.

Czas na myśl przewodnią moich wynurzeń. Nowela ustawy o sc z 2015/2016 roku w zdecydowany sposób zdemontowała zabezpieczenia członków korpusu, szczególnie na wyższych stanowiskach. W znacznym stopniu przybliżyła je do zwykłego stosunku pracy. W minionych latach funkcjonowała swoista umowa społeczna: nie protestujemy, lojalnie wykonujemy polecenia politycznych przełożonych (w granicach prawa), ale, oprócz etosu służby, mamy także stabilność pracy i przyzwoite zarobki. Tego już nie ma, a blokada wzrostu wynagrodzeń od 2008 roku , to skandal. Takie podejście do instytucji publicznych wpisuje się niestety w wielowiekową tradycję naszego państwa, że „Polska nie/rządem stoi”.

Konkludując, chciałbym zaproponować poddanie  pod dyskusję problematyki strajku jako formy ochrony zasad służby cywilnej. Dla niektórych może być to świętokradztwem, dla rządzących dyskomfortem, ale uważam, że trzeba dostosowywać się do realiów zmieniającego się otoczenia prawnego.

Wiemy, że temat strajku w administracji państwowej i rządowej poruszono w 2014 i 2015 roku, a w bieżącym roku w Bydgoszczy. Pozbawienie prawa do strajku m.in. w administracji rządowej wprowadziła ustawa z 1991 roku o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Furtką dla tej restrykcji jest art. 59 Konstytucji RP. Także ustawy o służbie cywilnej zakazywały i zakazują zakłócania normalnego (?) funkcjonowania urzędu. Swego czasu NSZZ „Solidarność” była aktywna w tym obszarze. W 2014 r. złożyła wniosek o zbadanie zgodności ustawy z 1991 r. z Konstytucją RP przez Trybunał Stanu. W 2015 r. „Solidarność” złożyła skargę do Międzynarodowego Biura Pracy o naruszenie przez Polskę konwencji nr 154 MOP. Co z tego wyniknęło; proszę o komentarze.

Kończąc, mam świadomość, że moje uwagi (na bazie doświadczenia zawodowego) ogniskują się na „topie” hierarchii służbowej sc. Może więc opinie większości ze 119 tysięcy członków korpusu służby cywilnej są odmienne, a moje sugestie chybione? Ale sam fakt uruchomienia dyskusji o strajku jako narzędziu obronnemu służby cywilnej byłby ostrzeżeniem.

Czas medalobrania – refleksje nad celebrą (I)

Dosłużyłem się w 2000 roku Srebrnego Krzyża Zasługi. Traf chciał, że pod koniec kadencji Prezydenta B. Komorowskiego, zostałem zaproszony jego pismem na uroczystość wręczenia mi Złotego Krzyża Zasługi, co jako państwowiec oraz mundurowy górnik przyjąłem z satysfakcją. Trochę nie pasował mi termin pomiędzy okresami medalobrania (mój neologizm), czyli 3 maja, 11 listopada, 15 sierpnia (Święto Wojska Polskiego)  i  4 grudnia (Barbórka). Ale nic to !

W sławnej sali „Pod żyrandolem” Pałacu Prezydenckiego spotkał mnie srogi zawód. Zabiegana pani z listą nagradzanych stwierdziła, że ma już jednego Sławomira B., czekającego w szeregu. Naszło mnie olśnienie. Wszak to mój „sobowtór” z woj. śląskiego, z którym spotkałem się raz w życiu i który niechcący przysporzył mi kłopotów, gdy w 2006 r. trafiłem z katowickiego Wyższego Urzędu Górniczego do warszawskiego  Głównego Urzędu Statystycznego. Pewna posłanka prawicy (wtedy i dzisiaj) sprawdzała, czy to ten Brodziński.  Ów był i jest działaczem lewicy z Zagłębia, a ja zawsze bezpartyjnym centrystą z administracji rządowej. Uff, przeszedłem weryfikację, ale odtąd używam w życiu publicznym drugiego, trochę pretensjonalnego w codziennej polszczyźnie,  imienia  (Marek).

Z Pałacu Prezydenckiego wybyłem cichaczem, pomimo smakowitych zapachów unoszących się z sąsiedniej sali bankietowej. Nikt nie wyraził później ubolewania.

W następstwie tego faux  pas zwróciłem się przez właściwy sekretariat Ministerstwa Środowiska do odpowiedniej komórki medalowej Kancelarii Prezydenta o wyjaśnienie, czy „R-ce” przysługują odznaczenia w czasie pełnienia swoich obowiązków. Miałem  na uwadze 38 lat pracy (w tym ok. 23 lata w administracji rządowej) w kontekście medalu „Za długoletnią służbę”. Odpowiedź była negatywna, co uznałem za zasadne. Jednak tylko do momentu, gdy znany minister D. z KPRP przypinał w mojej obecności tenże medal osobie podlegającej (?) podobnym restrykcjom. Wtedy przypomniałem sobie poradę bardziej doświadczonych w medalobraniu kolegów, że losowi trzeba pomagać.

Zamykając temat, sięgnijmy przewrotnie do historii. Order Orła Białego najwyższe i najstarsze polskie odznaczenie państwowe, ma niezbyt chlubną genezę. „Wymyślił” go uwikłany w walki wewnętrzne król polski August II (Wetyn), jako medal pamiątkowy  i w 1705 roku w Tykocinie wręczył obecnemu tam swojemu sojusznikowi – carowi Piotrowi I (Wielkiemu).  W zasadzie, dopiero II RP zrehabilitowała to odznaczenie.

W czasach PRL odznaczenia dzieliły się na wybrane „chlebowe” ordery (skutkowały dodatkami do pensji) oraz pozostałe medale (bez skutków finansowych). System ten zniesiono w 1999 roku.

A dlaczego o tym piszę ? Może, żeby nabrać zdrowego dystansu do celebry.

Do bywalców niezależnego portalu służby cywilnej

Koleżanki i Koledzy. Dziękuję, że potraktowaliście mnie, byłego szefa służby cywilnej (SSC) ulgowo, po przeczytaniu mojego blogu „Mity ministerialnego eldorado”. Wiem, że był on zapewne prowokacyjny dla osób zarabiających w służbie cywilnej 2000+. Kiedyś na uczelni zaczynałem od 1800 (po denominacji), dorabiając pracami zleconymi oraz usługami pilota wycieczek turystyczno – handlowych do „bratnich krajów”. Oczywiście, to tylko refleksja, nie łagodząca dzisiejszego problemu.

Sytuacja najniżej zarabiających (inspekcje powiatowe) zawsze mnie martwiła, a szczególnie po moich wizytach w dwóch powiatowych inspekcjach w woj. śląskim i lubelskim. Bez wsparcia starostów pewnie nie mogłyby one wypełniać swoich zadań, o pensjach nie wspominając. Jak wiadomo, na wzrost wynagrodzeń służby cywilnej (sc) była, nie tylko za moich czasów, nałożona blokada i nie pomogła nawet angielska herbatka z mlekiem u ministra R. w sprawie tej najbiedniejszej grupy korpusu. Nie, bo nie.

Z drugiej strony, uważałem prywatnie za nieprzyzwoite „kolekcjonowanie” przez niektórych dyrektorów generalnych (i dyrektorów) dodatkowych dochodów z tytułu regularnego (co dwa lata) uzyskiwania kolejnego stopnia w służbie cywilnej, płatnego uczestnictwa w komitetach audytu i radach nadzorczych, wysokich nagród itd. Wszystko jednak było lege artis, a moje uszczypliwości – jako metoda perswazji, nie skutkowały.

Motywacją dla członków korpusu powinny być nagrody (oczywiście, to teraz szczególnie niepopularne), których wysokość nie zależałaby od pozycji w hierarchii służbowej (a tak jest najczęściej), lecz od dokonań. Wiadomo, że dyrektorzy generalni, dla świętego spokoju i związków zawodowych przedkładali „urawniłowkę”. Jak jest teraz w upolitycznionej administracji, nie wiem, bo jestem wyautowany.

Dzisiaj pisze się o potrzebie menedżerów w naszym fachu. Ten temat wraca jako słuszny, ale nigdy nie zrealizowany postulat. Swego czasu proponowałem wyłom w systemie służby cywilnej i czasowe (do 3 lat) zatrudnianie specjalistów z rynku do realizacji ważnych projektów rozwojowych. Nie chodziło mi bowiem o tworzenie wyobcowanych z sc centrów, z niekontrolowanymi systemowo pracownikami, częściej ulegającymi pokusom korupcji i nepotyzmu. Znamy takie sytuacje.

Z perspektywy czasu, dostrzegam, że moja rola jako szefa służby cywilnej polegała głównie na wdrożeniu ustawy o sc z 2008 roku (przywracającej ideę służby, po jej dekompozycji przez poprzedników politycznych) i obronie jej ducha i litery w utarczkach z politycznymi ministrami, a także swoistej europeizacji administracji rządowej. Do tego dołączyłbym walkę z korupcją. To się udawało, bo miałem wolną rękę „góry”. Istniała jednak instytucjonalna słabość SSC wobec administracji skarbowej, którą chyba przede wszystkim reprezentujecie. Nadzór i kierowanie skarbówką były bowiem zazdrośnie strzeżone przez Ministerstwo Finansów.

Kończąc ten (mam nadzieję, że będą kolejne) etap dialogu z członkami korpusu służby cywilnej, w pełni zgadzam się z Waszymi konkluzjami dotyczącymi pauperyzacji służby cywilnej, między innymi przez wieloletnią blokadę kwoty bazowej. Jak to zmienić ? Dzisiaj nie wiem, szczególnie po histerii nagrodowej polityków wszelkich opcji.

Jedna uwaga praktyczna: zdobywajcie uprawnienia przydatne w świecie poza administracją, ale nie zapominajcie o wartościach, które przyswoiliśmy sobie w tej służbie.

Na(g)rodowa paranoja

Miało być lepiej, czyli systemowa podwyżka zablokowanych od lat wynagrodzeń osób zajmujących kierownicze stanowiska w państwie, tak zwanej „R-ki”. Nie udało się to za rządów PO, także padło pod rządami PIS.

Wymyślono więc niezgrabny manewr z nagrodami, ale też się nie udał.

A przyczyną był/jest strach przed niezadowoleniem suwerena podżeganego przez populistyczne media. To co się ostatnio wyrabia w kontekście nagród w Sejmie, różnych kanałach telewizjach, forach internetowych, czy ulicach miast (bilbordy), to paranoja. Rozsądek zanika w konfrontacji z ulotnymi słupkami poparcia, generowanymi  przez rozmaite, często krytykowane po wyborach, ośrodki badania opinii publicznej. Pracowałem kilka lat w Głównym Urzędzie Statystycznym, więc tego i owego się nasłuchałem.

Konkluzja jest smutna. Jeżeli rządzący każdej maści boją się wyników badań opinii zwykle ok. tysiąca obywateli, to co będzie z realnym zagrożeniem, na przykład zewnętrznym?

Dziwny taniec rządzących  (i opozycji) kończy się decyzją „godną” Aleksandra M – oddać, a innym zabrać. W ten sposób wszelkie działania na rzecz racjonalizacji wynagrodzeń „R-ki” trafiają na długo do zamrażarki. O posłach i senatorach, nie wypowiadam się, bo to nie moja działka. Gwałtownie chyba wzroście zainteresowanie Parlamentem Europejskim wśród przedstawicieli narodu.

Skutki uboczne afery (?) są znaczne. W sumie znów dostało się funkcjonariuszom publicznym, na których spada odium naciągaczy, a etos administracji państwowej/rządowej/publicznej doznał kolejnego osłabienia. Przy okazji wyszło nieuctwo wielu osób zaangażowanych w konflikt, nie rozróżniających „R-ki” od urzędników i pracowników służby cywilnej, a nagród od premii. Jako szef służby cywilnej, spowodowałem swego czasu opracowanie przewodnika po administracji dla parlamentarzystów, ale czy to pomogło?

Żartobliwy wniosek z tej sprawy może być następujący. Optymalnym kandydatem/kandydatką do objęcia stanowiska ministerialnego powinien być: 1. Warszawiak, bo odpadnie problem z zakwaterowaniem i dojazdami do domu, 2. Osoba dysponująca minimum 300 tysiącami złotych na dostępnym koncie, aby wyrównać braki finansowe w ciągu 4 lat (optymistycznie) pełnienia misji, czyli cenzus majątkowy.

Poważnie myśląc, wynagrodzeń „R-ki” nie można pozostawić bez rewaloryzacji. Chyba, że chcemy mieć jako ministrów beneficjentów pierwszej pracy po studiach lub osobników, których interesuje tylko ten przelotny status do zamieszczenia we własnym CV. Apele o Służbę Państwu, bez oglądania się na imponderabilia, dobre są w sytuacji wojennej, a nie codziennego zarządzania państwem.

Polski atom czyli gonić króliczka

Niedawno Najwyższa Izba Kontroli zaprezentowała bardzo krytyczny raport o polskiej energetyce jądrowej, a właściwie o przygotowaniach do budowy drugiej (po nigdy nie ukończonym Żarnowcu)  elektrowni atomowej. W jednym aspekcie, to jest badaniach opinii publicznej, NIK wyraziła się pozytywnie o działaniach rządu PO i PIS oraz spółki Skarbu Państwa – PGE EJ1. Łącznie wydano ok. 900 milionów złotych na ten odległy cel.

Badania opinii publicznej rodzą wiele wątpliwości. Tak się złożyło, że w 2005 roku postawiłem domek w Lubiatowie (gmina Choczewo, woj. Pomorskie); w pierwszej wersji lokalizacji ok. 5 km od przyszłego reaktora, a w aktualnej – chyba kilkanaście kilometrów. Oczywiście pomyślicie Państwo, że korzystając z bloga „bez retuszu”, chcę upiec własną pieczeń, dyskredytując samą ideę oraz potencjalną lokalizację. To tylko częściowo prawda. Teraz, gdy nie jestem już związany lojalnością wobec rządu, w którym byłem wiceministrem środowiska, mogę rozwinąć temat.

Jako, między innymi inżynier, zajmowałem się niezawodnością i bezpieczeństwem systemów technicznych. Z tej pozycji nie demonizuję zagrożeń technicznych nowoczesnych elektrowni jądrowych. Inna sprawa, że potencjał technologiczny Polski, zdegradowany w latach transformacji, utrudni osiągnięcie wyśrubowanych norm jakości, wymaganych w tego typu inwestycji. O samej technologii jądrowej nawet nie wspomnę. Czyli polegać będziemy głównie na imporcie, chociaż niektórzy nasi optymistyczni specjaliści wierzą w 50 procentowy udział krajowego przemysłu i nauki. Spóźniliśmy się o kilkadziesiąt lat z energetyką jądrową. Róbmy i rozwijajmy to, co potrafimy, jak np. izotopy medyczne, a czystej energii szukajmy w OZE.

Horrendalne koszty planowanej inwestycji nie obejmują chyba budowy podziemnego składowiska zużytego paliwa nuklearnego. Niedawno Prezes Państwowej Agencji Atomistyki wspomniał o potrzebie znalezienia lokalizacji dla takiego składowiska (także zastępującego wypełniający się Różan), co w kraju o dużym dorobku geologicznym i górniczym nie stanowiłoby problemu. Tu, jako były główny geolog kraju, wspomnę, że posiadamy w kraju złoża rud uranu, ale ich wydobycie nie jest finansowo perspektywiczne. Swego czasu zakończyłem projekt  w tym zakresie realizowany przez Państwowy Instytut Geologiczny. Po co niszczyć środowisko eksploatacją górniczą, skoro wzbogacanie musiałoby się odbywać za granicą.

Ale ad rem. W aktualnych dokumentach rządowych skupiono się na dwóch lokalizacjach nadmorskich: nowym Żarnowcu oraz Kopalinie-Lubiatowie. Czyżby chłodzenie wodą morską było efektem preselekcji właściciela technologii (głównego beneficjenta), którego już praktycznie wybraliśmy. Współczuję Czechom, Słowakom, Węgrom i Białorusinom. Jak oni poradzili sobie bez morza? Nawiasem mówiąc, w znanym opracowaniu z początków dyskusji nad energetyką jądrową zaproponowano co najmniej kilkanaście możliwych lokalizacji, poza trzema nad Bałtykiem.

Taktyka wyboru konkretnej lokalizacji przypomina tę, zastosowaną w okresie zimnej wojny w USA podczas lokalizowania zakładów plutonowych w Hanford. Jak pisze Kate Brown w „Plutopii”: „Hanford i White Bluffs () znacznie bardziej obiecujące: biedne rancza, słaba ziemia, niewielka ludność”. U nas to rejon po pegieerach i wojsku, słabo zaludniony przez miejscową ludność, z władzami samorządowymi potrzebującymi finansowego zasilania z zewnątrz. I pojawia się PGE, kusząc mega inwestycją i ukazując wybrańcom świat atomu (Francja, Finlandia). Zapomina się jednak w badaniach opinii publicznej (patrz NIK), iż Lubiatowo i Kopalino to, przede wszystkim teren silnego inwestowania prywatnego, budowy całorocznych domów, ich serwisowania, rekreacji typu aktywnego, inicjatyw społecznych (Fundacja p. Anny Dymnej). Sądzę, że liczba osób, które ulokowały tam swoje pieniądze znacznie przekracza liczbę stałych mieszkańców obu wiosek. Nas jednak nikt nie pytał w ankietach o zdanie! Tu chyba tkwi błąd metodologiczny badań, skupiających się na ośrodku gminnym.

Lubiatowo
Walka plakatowa w Lubiatowie

Pomysł na lokalizację obiektu strategicznego niedaleko od Iskanderów z Kaliningradu, w sytuacji atrofii obrony przeciwlotniczej kraju i złomowania marynarki wojennej, to kuszenie losu. Swego czasu zadałem pisemnie to pytanie  Biuru Bezpieczeństwa Narodowego, ale odpowiedź była klasycznie ogólnikowa. W pobliżu proponowanej lokalizacji, co nie jest tajemnicą, znajdują się Siemirowice, jedyna baza ofensywnych rakiet NSM marynarki wojennej. Czy warto koncentrować zagrożenia?

O ochronie środowiska tylko wspomnę, bo temat słusznie poruszają ruchy ekologiczne. Dzięki obszarowi NATURA 2000 (pierwotna lokalizacja pod mylną nazwą Choczewo), potencjalne miejsce budowy przesunięto dalej na zachód. To niczego nie zmienia w planowanym zabetonowaniu praktycznie nie naruszonego przez deweloperów jednego z ostatnich fragmentów polskiego wybrzeża Bałtyku.

W świetle moich, przytoczonych powyżej wątpliwości merytorycznych, zwróciłem się w 2014 roku, jako ówczesny podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska, o wyłączenia mnie z postępowań związanych z lokalizacją elektrowni atomowej. Minister przychylił się do mojej prośby.

Tak się złożyło, że poznałem prywatne opinie zaangażowanych w projekt elektrowni atomowej nad morzem. „Pocieszano” mnie, że spokojnie odejdę z tego świata, nim atomówka ruszy. A kosztowny króliczek wciąż ucieka…

Pismo do MG